środa, 15 maja 2013

"Imię Róży" czyli Melk 2013

"Zbliżając się do kresu grzesznego żywota, posiwiały ze starości, wypatrując już chwili, kiedy zagubię się w niezmierzonej Boskiej otchłani, milczącej i pustej, bym miał udział w blasku anielskiej mądrości, przykuty ociężałym i chorym ciałem do celi klasztoru w Melku, tak drogiemu memu sercu, biorę do ręki pióro, by na tym welinie pozostawić świadectwo cudownych i straszliwych wydarzeń, w których w mej młodości uczestniczyłem, powtarzając verbatim wszystko, co widziałem i słyszałem, nie ważąc się na to, żeby dobyć na światło dnia jakiś zamysł, lecz pozostawiając tym, co nadejdą (jeśli nie uprzedzi ich Antychryst), znaki znaków, ażeby ich odczytywanie, stało się modlitwą."

Umberto Eco. "Imię Róży"



Imię Róży", klasztor w Melku. Tak, to właśnie tutaj, Adso spisywał przypadki swojego życia, a właściwie historię ze swojej młodości. Umberto Eco napisał książkę absolutnie niezwykłą. A Jean-Jacques Annaud zrobił z tego doskonały film. Oczywiście, jak w większości przypadków bywa, film, nawet nie zbliża się klasą do książki, ale i tak jest doskonały. Znam tylko dwa przypadki, kiedy film przerósł literacki pierwowzór. Jeden to "Kariera Nikodema Dyzmy", świetna parodia na umysłową tępotę, bufonadę i prostactwo Piłsudskiego. Drugi przypadek, to "Noce i dnie". Przeczytanie tej książki, każdy ksiądz mógłby zadawać na spowiedzi jako pokutę za najcięższe grzechy, a Antaczak zrobił z niej film, który mogę oglądać w nieskończoność.
Cóż mi pozostało? Trzeba jechać do Austrii, zobaczyć Melk. Historii opactwa w Melku nie będę opisywał, bo to blog motocyklisty, a nie historyka, ale jeśli ktoś jest jej ciekawy, to wklejam linka do Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Opactwo_Benedyktyn%C3%B3w_w_Melku
Umawiamy się z Markiem, że lecimy razem. Do programu włączamy jeszcze wypad na Grossglockner.
Spotykamy się w czwartek rano na stacji benzynowej.

Pogoda piękna. Radość z wyjazdu ogromna. Odpalamy i startujemy. Jedziemy przez Słowację. Planujemy dojechać ile się da za Melk, następnego dnia Grossglockner i powrót do Melku, następnego dnia zwiedzanie opactwa i wyjazd do domu.
Droga piękna i bezproblemowa. Po kilku godzinach dojeżdżamy do przejścia w Barwinku. Kupujemy winiety na Austrię, na Słowację dla motocykli nie są potrzebne.
Drogi przez Słowację nie ma co opisywać, każdy ją zna. Raz po prawej, raz po lewej pojawiają się zamki na szczytach. Trzeba będzie kiedyś bliżej im się przyjrzeć, wyglądają zachęcająco. Piękna dolina Popradu. Sporo robót drogowych, w kilku miejscach ruch wahadłowy, tracimy sporo czasu. Nie robię zdjęć, nie za bardzo jest kiedy, chcemy dojechać jak najdalej.
Tankowanie i okazja do zdjęcia, przynajmniej jednego..





















Dojeżdżamy do Bratysławy o zmierzchu, przekraczamy granicę i jedziemy w stronę Wiednia. Pod Wiedniem pada mi GPS (Lark 35 AT z automapą), ale po kilku próbach, powtórnie daje się uruchomić. Niestety za chwilę znowu pada. Coś mu odbiło. Co go uruchomię, to za kilka minut sam się wyłącza. W końcu daje się uruchomić i na razie działa. GPS, zamiast ominąć Wiedeń, wpuszcza nas do centrum. Modlę się tylko, żeby nie padł mi w centrum miasta. Na szczęście udało się przejechać. Tracimy trochę czasu ale zobaczyć Wiedeń w nocy...bezcenne. (Następnego dnia GPS sam się nareperował i działa do dzisiaj)
Wyjeżdżamy znowu na autostradę ale jest już praktycznie późna noc. Postanawiamy, że dojedziemy do Melku (70km od Wiednia) i szukamy już noclegu. Melk okazuje się całkiem sporym, rozciągniętym miasteczkiem. Trochę błądzimy zanim trafiamy do hotelu w samym rynku. Jak nie było hotelu, to nie było, jak są to od razu trzy w jednym miejscu.
Rozpakowujemy się, kąpiel, piwo i o 1-ej idziemy spać.
Rano, pogoda ładna, widok z okna piękny, samopoczucie dobre, nic tylko cieszyć się życiem.
Widok z okna na rynek w Melku.




























































Śniadanie w hotelowej restauracji w towarzystwie Holendrów, którzy sprawiają wrażenie dynamitem od pługa oderwanych, i nawet nie uznają za stosowne powiedzieć "dzień dobry" wchodząc do restauracji.
Jeszcze fota na parkingu i ruszamy na podbój Grossglockner.


























Po drodze tankowanie. Na stacji tabuny Austriaków urodzonych w Istambule i Bombaju...
Zgodnie z moją zasadą, po przejechaniu każdych 100km, robimy 10 min. przerwy. Sprawdziła się ona na wszystkich moich wyjazdach, pozwala na przejechanie 1000km bez zmęczenia i nienawiści do motocykla na drugi dzień.
Na parkingu, motocykle wzbudzają zainteresowanie...

























Odpalamy i jedziemy. No i... zaczyna się.Zaczyna lekko padać, ale ja już wiem co to znaczy. Przerabiałem to już dwa razy na poprzednich wyjazdach. W Austrii, zwłaszcza, w alpejskiej części nie ma prawa normalnie padać deszcz. Tam musi lać jak z cebra. I nawet jeśli jeszcze nie leje, to za chwilę będzie lać...
Zjazd na najbliższy parking i przebieramy się w przeciwdeszczowe ubrania. Przy okazji poznajemy dwie Rumunki na motocyklach, które jadą do Niemiec. Gadka szmatka, jak to między motocyklistami. Dziewczyny pytają nas dokąd jedziemy. My, że na Gloka. Dziewczyny mówią, że były o tej porze w ubiegłym roku ale był zamknięty przejazd bo śnieg leżał na drodze. Ja się wycwaniłem i wcześniej napisałem maila z Polski czy jest otwarte. Jest otwarte.





















Dziewczyny już się przebrały, odpalają i rura. My jeszcze chwilkę zostajemy, w nadziei, że może cudem przestanie padać ale cud nie nastąpił. Odpalamy i lecimy dalej.
Tuż za zjazdem z autostrady w kierunku Bruck an der Grossglockner Hochalpestrasse jest długi tunel. Wjeżdżamy w tunel, ja jadę pierwszy, Marek bezpośrednio za mną. Wyjeżdżam z tunelu, Marka nie ma. Zatrzymuję się na poboczu i czekam. Marka nie ma. Za chwilę dzwoni telefon. Marek mówi, że stoi w tunelu i świeci mu się kontrolka smarowania. Shit, zawracam i wjeżdżam w tunel od drugiej strony. Mijam Marka ale nie mogę do niego podjechać, bo stoi we wnęce na przeciwnym pasie. Wyjeżdżam z tunelu i najeżdżam na stację benzynową. Jest jak znalazł, bo pewnie trzeba kupić Markowi olej. Dzwonię do Marka, ale nie odbiera. Nie wiem, ile oleju mam kupić. Dzwonię do Polski. Człowiek obeznany w temacie mówi mi, że do Kawasaki wchodzą prawie 4 litry. Robię niezbędny zakup. Pakuję olej do kufra, dzwoni Marek. Mówię mu, że mam już dla niego olej. Marek mówi, że oleju nie brakuje i, że wyjechał już z tunelu, i że chyba czujnik od kontrolki zalała woda i dlatego się świeci. No dobra, oleju wystarczy mi na naleśniki, sałatki, śledzika, do kosiarki i wszystkiego innego na kilka lat. Marek mówi, że wyjechał z tunelu, i czeka na mnie w zatoce na drodze. Ok., nie jest źle. Podjeżdżam, Marek mówi, że jedziemy dalej, a olej weźmie ode mnie, będzie miał na wymianę. Super, lecimy dalej, deszcz leje i coraz zimniej się robi.
Dojeżdżamy do bramek wjazdowych na Gloka. Zatrzymujemy się, żeby wyjąć portfele. W tym celu postanawiam postawić motocykl na bocznej stopce. Z nieba lecą strumienie wody, wszystko jest mokre i śliskie. Nagle but ześlizguje mi się po stopce, stopka się nie otwiera, a przechylony motocykl w ciągu sekundy leży na asfalcie, oczywiście, razem ze mną dla towarzystwa.
Podnosimy z Markiem motocykl, na szczęście, nie ma nawet rysy. Mnie lekko bolą palce u lewej ręki ale ból jest lekki i generalnie nic się nie dzieje. Dzisiaj już mam palce zdrowe.
Podchodzę do bramki i daję facetowi kartę żeby zapłacić za bilet. Facet patrzy na mnie jak na Marsjanina i pyta się po co daję mu kartę. Mówię, że chcę zapłacić za bilety. Widzę, że gość nie wie czy ma się śmiać czy płakać. W końcu spoważniał i urzędowym tonem informuje mnie, żebym zapomniał o Gloku i dzisiaj nigdzie nas nie wpuści. Bierze za telefon i dzwoni na górę, żeby zapytać jaka jest tam pogoda.W tej chwili na górze leje deszcz, pada grad, a za godzinę ma spaść śnieg. Rozmawiamy z Markiem co robić dalej, czy odpuszczamy, czy naciskać na faceta żeby nas wpuścił. Odpuszczamy, nie chcemy kusić losu.
Zastanawiam się, jak napisać to, co sobie myślałem na temat pogody, żeby nie nadużywać na blogu słów powszechnie uważanych za wulgarne.
Pamiętacie jak w "Pięknych dwudziestoletnich", Marek Hłasko pisał, że wysłał kiedyś próbkę swojej prozy do Bohdana Czeszki, żeby ten ją przeczytał i ocenił ? Czeszko odpisał mu mniej więcej, że proza jest nie za bardzo, a szczególnie, za dużo używa przekleństw i wulgaryzmów.
Za jakiś czas Hłasko spotkał się z Czeszką osobiście. Siedzą w knajpie, do stolika podchodzi kelnerka i pyta co podać. A Czeszko mówi: "Pani mi przyniesie tej w d...pę j...nej wody bo jestem sp...ny jak k...wa".
No to ja właśnie mniej więcej podobnie myślałem sobie na temat austriackiej pogody.
Na zdjęciu poniżej widać jak leje deszcz i jesteśmy już po odprawie na bramce.


























No i co? Ano jajco. Wracamy, nieutuleni w żalu. Po drodze jakaś szybka bułka z jogurtem i lecimy w stronę Melku. Po drodze mokro, ślisko i zimno. Strumienie wody z ciężarówek. Około 40 km od Melku, Marek zjeżdża na pobocze, ja za nim. Marka motocykl nie chce dalej jechać. Gaśnie i nie chce odpalić. Okazuje się, że woda zalała autoalarm, immobiliser i rozłączyła zapłon. Po dłuższej chwili Markowi udaje się uruchomić silnik. Przemoczeni i zziębnięci dojeżdżamy do Melku. W hotelu kolacja, lufa koniaku, i odzyskuję utraconą kondycję.


























Jeśli myślicie, że tak łatwo odpuściliśmy Gloka, to jesteście w błędzie. Następnego dnia rano prosimy właściciela hotelu, żeby zadzwonił na Gloka i zapytał jak jest pogoda. Jeśli nie pada, to jedziemy jeszcze raz. 300 km w jedną stronę przelecimy bez mrugnięcia okiem. Dzwoni, ale niestety, wiadomości nie są dobre. Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią, spadł śnieg. Motocyklistów nie wpuszczą.
Oszczędzę wam czytania drugi raz opowieści o prozie Hłaski.
W tej sytuacji idziemy zwiedzać opactwo Benedyktynów. Nadszedł czas, żeby poczuć klimat "Imienia Róży"
Przechodzimy jasnymi, czystymi uliczkami starego miasta.

Dochodzimy do bram opactwa. Gmach jest imponującej wielkości. Zwiedza się w zasadzie cztery elementy: Muzeum przyklasztorne, słynną bibliotekę, kościół i przyklasztorne ogrody.

Pierwszą częścią, którą się zwiedza jest bardzo nowoczesne, multimedialne muzeum. Kilka zdjęć...

Z muzeum przechodzi się do hallu, który jest "przedsionkiem" do biblioteki.
A oto hall.

Poniżej panorama Melku z tarasu biblioteki i kościoła.

Z tarasu przechodzi się do biblioteki. Niestety, w bibliotece nie wolno robić zdjęć, więc nie mam swoich, ale na końcu posta umieszczę linka do zdjęć opactwa, zamieszczonych w internecie, w tym również z biblioteki. A biblioteka klasztorna to coś, co zapiera dech swoją potęgą.Ktoś zamieścił w niej napis, który mniej więcej brzmi: "Tutaj spotykają się wszystkie myśli i marzenia, jakie wymyślili ludzie".
 Nie mam dobrego zdjęcia z zewnątrz, więc nie będę wklejał byle czego, ale wnętrze, to coś zupełnie niezwykłego. Po prostu barok, jak mało gdzie spotykany :-)))

Poniżej ołtarz św. Michała.

Poniżej słynna klatka schodowa.

Pełni wrażeń, wychodzimy już na zewnątrz. Jeszcze zdjęcie pod fontanną i idziemy zwiedzać ogrody.

Oczywiście, pada deszcz i zwiedzanie ogrodów nie ma połowy tego uroku, co w słoneczny dzień. Kręcimy się trochę "po okolicy", robimy kilka zdjęć, ale ciągnie już nas w drogę.

Czas wracać, schodzimy już do motocykli, które stoją na hotelowym parkingu, tuż u podnóża klasztoru.

Wracamy do hotelu, przebieramy się w motocyklowe ciuchy i odpalmy. Mój odpala, a Marka niestety nie daje oznak życia. Klęska zupełna. Pada deszcz, hotel nie ma garażu, żeby w suchym pomieszczeniu spróbować naprawić motocykl. Klniemy w żywy kamień. Marek rozkłada motocykl. To znowu odezwał się problem z alarmem. Marek postanawia ominąć alarm, ale jest on tak dziwnie wpięty, że nie można dojść ładu z przewodami. Wykonuje telefon do Polski, do specjalisty od alarmów. Chwilę trwa konsultacja ale, niestety problem jest dalej. Wreszcie, Marek przecina jakieś przewody, wywala alarm zupełnie i próbuje połączyć ze sobą właściwe przewody żeby zamknąć obwód. Wciąż bez sukcesu, a ja już zastanawiam się co dalej robić, jeśli nie uruchomimy Marka motocykla. Ale nagle..jest !!! Kontrolki się palą, a silnik bez problemu startuje.

Super. Około 14-tej wyruszamy w drogę powrotną. 
Przejeżdżamy przez Wiedeń.
Tym razem jedziemy przez Czechy od strony Brna, lecimy w kierunku Ostravy i Śląska. Gdzieś po drodze szybka bułka z kawałkiem kiełbasy i lecimy dalej. Dajemy w palnik bo chcemy jeszcze dzisiaj wjechać do Polski.
Udaje się.Granicę przekraczamy wieczorem i lecimy w stronę Katowic. Szukamy po drodze jakiegoś hotelu, ale nic nie ma. Spotykamy jakiś zajad w lesie, ale nie ma miejsc. Obok jakiś hotel, ale też nie ma miejsc. Shit, jest noc, zimno 13 st., leje deszcz i nie ma gdzie spać. Lecimy dalej. Wreszcie ok. 40 km przed Częstochową znajdujemy jakiś zajazd, w którym są wolne pokoje. Kładziemy się spać koło północy.
Rano odpalamy i już spokojna jazda. Pod Zwoleniem tankujemy, a za chwilę podjeżdża grupa motocyklistów. Zdejmują kaski i gęby wszystkim się śmieją. Toż to nasi koledzy z Lublina. Wracają z Izi Meeting. Wspólna fota.

Chłopaki odjeżdżają przed nami, ale my też za kilka minut startujemy. Koło Puław, wreszcie robi się cieplej i świeci Słońce. To już ostatnie kilometry. W końcu dojeżdżam do domu. Ależ radość, znowu widzieć swoich bliskich.
A wyjazd? Trudny, w bardzo ciężkich warunkach, ale nie oddałbym z niego nawet minuty.
Na koniec wklejam wam link do zdjęć opactwa Benedyktynów w Melku, które lepiej niż moje, oddają potęgę, chwałę i piękno tego miejsca: https://www.google.pl/search?q=melk+abbey&client=firefox-a&hs=lww&rls=org.mozilla:pl:official&channel=fflb&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=styPUdaKB8LJtQadwoCgDA&ved=0CDIQsAQ&biw=1280&bih=639#imgrc=_



środa, 8 maja 2013

Kółko przez Nałęczów i Chodel

Majówka nie za bardzo była, jeśli chodzi o pogodę, toteż, w niedzielę, kiedy pokazało się trochę Słońce, wyjechaliśmy z Jolą na krótką przejażdżkę w tempie sanatoryjnym.
Zrobiliśmy kółko przez Nałęczów, Kazimierz, Opole Lubelskie, Chodel do Lublina.
Nałęczów to jakość sama w sobie i kiedyś pojadę tam specjalnie, żeby zrobić zdjęcia i opowiedzieć wam to i owo. Tym razem wyjazd miał charakter typowo rekreacyjny, tak więc tylko kilka zdjęć z cyklu "byłem tutaj. Rycho".
Ludzi dużo, więc i miejsc na parkingu jak na lekarstwo ale pod parkiem zdrojowym, już nas znają, więc coś się znalazło..


























Krótki spacer przez park w kierunku palmiarni w celu kulturalnego spożycia kawy i wiśniowego gluta (pyszny)







































































Szybki rzut oka na twórczość malarską i zmierzamy przez park w stronę motocykli.



























W głębi, na zdjęciu poniżej dom, w którym mieszkał Bolesław Prus. Coś mnie ostatnio ten Prus prześladuje, w Hrubieszowie też natknąłem się na dom, w którym mieszkał, a właściwie, w którym się urodził..

Ruszamy dalej, jedziemy w stronę Kazimierza, ale nie zatrzymujemy się nawet na minutę. Nie zamierzam promować, ani tym bardziej zostawić złotówki ze swoich pieniędzy w mieście, które jest tak nieprzyjazne dla motocyklistów. Wszędzie, w całej Europie, motocykliści są zawsze atrakcja dla mieszkańców i turystów, a tylko w Kazimierzu jesteśmy wyganiani z rynku i mamy szczęście, jeśli nie kończy się to mandatem. W ubiegłym roku, dwóch moich kolegów rozpoczęło sezon od mandatów i punktów za to, że zaparkowali przy rynku. Dziękuję bardzo, postoję.
Skrzętnie ominęliśmy Kazimierz i przez Opole Lubelskie (to też miasteczko i region na oddzielną wizytę i opowieść) dojeżdżamy do Chodla.
Do Chodla też jeszcze wrócę i wszystko wam opowiem, bo to miejsce pozornie nieciekawe ale to tylko pozory. Historia Chodla, to właściwie historia miejscowej parafii. Kościół pochodzi z 1541 roku. Jest przepiękny. Spotkałem księdza proboszcza, który obiecał mi, że kiedy przyjadę z kolegami następnym razem, wpuści na na kościelną wieżę, która właśnie została wyremontowana. A widok z wieży jest podobno niesamowity.
Wklejam wam linka do świetnej strony o Chodlu. Jest co czytać i co oglądać: http://chodel.com/index.htm
Na razie kilka zdjęć na początek.
Kościół.







































































A na kościele dwie tablice. Jedna poświęcona księżom z Chodla, w tym również, księdzu Piotrowi Ściegiennemu, który pełnił tutaj przez rok posługę duszpasterską, ale nie tylko. Jak wiadomo, ksiądz Ściegienny był ogromnie zaangażowany społecznie i tutaj realizował się również na tym polu. Na stronie poświęconej Chodlowi znajdziecie również link do życiorysu księdza Ściegiennego.
A druga tablica upamiętniająca patriotyzm mieszkańców Chodla i okolic.




















































Fantastyczny ten Chodel. Tutaj też niebawem wrócę, żeby pokazać wam jeszcze inne piękne miejsca, bo to co dzisiaj zobaczyliście, to tylko część z tego, co trzeba zobaczyć. Np. jest tutaj podobno bardzo stary cmentarz, z XVI w. Nie widziałem go jeszcze, ale zobaczę na pewno.
Wracamy już z Jolą do domu. Przepiękna, choć krótka wycieczka.

piątek, 3 maja 2013

"Ranczo" czyli "Pocieszanka"

Oj, biedna ta nasza telwizja, biedna i oglądać nie ma ani czego ani kogo. Bo, albo amerykański film dla półgłówków idzie, albo gruby blond flejtuch uczy biznesu lepszych od siebie, albo chudy blond botoks poucza, że naturalna uroda jest najładniejsza, albo bolszewik kaznodzieja głosi, że mamusia z penisem to, to samo, co mamusia z vaginą, albo telwizja wdraża kolejny pomysł, obliczony na widza z IQ w okolicy "młodych, wykształconych, z wielkich miast".
Na szczęście jest "Ranczo".
"Ranczo" jest serialem nierównym, ale nie wywołuje odruchu wymiotnego jak inne "programy" w telewizji, z wiadomościamo wszelkiej maści na czele. Jest nierówne, bo oprócz postaci i ról słabych np. trzeźwy Kusy czy Witebski, ma również postacie i role genialne np. pijany Kusy czy Solejukowa czy chłopaki z ławeczki czy Wezół, bracia Japyczowie, czy...w ogóle prawie wszyscy.
Powiem więcej. "Ranczo" jest nierówne ale prawie genialne. Piszę "prawie", bo chwilami wydawało mi się, że maczały w nim palce feministki, albo reżyser chciał się podlizać feministkom. Ale może to tylko złudzenie..Dlaczego genialne, nie będę pisał bo, ci którzy oglądają, to wiedzą, a, tym którzy nie oglądają, taka wiedza nie jest do niczego potrzebna.
Powiem jeszcze więcej. "Ranczo" jest serialem tak fantastycznym, że w niedzielę, staram się tak ustawiać sobie plan dnia, żebym mógł na "Ranczo" zasiąść przed telewizorem. To jest mój drugi raz w życiu. Piewszy był w moich licelanych czasach, kiedy szła "Pogoda dla bogaczy". Tłumaczenie tytułu było idiotyczne (oryg. Rich Man, Poor Man), ale serial był taki, że po dzienniku wyludniały się ulice wszystkich, bez wyjątku miast w Polsce.
A dzienniki w tamtych czasach pokazywały głównie wyczyny utrwalaczy socjalizmu w niebieskich i zielonych mundurach, spadkobierców chlubnych tradycji NKWD, UB, KBW i podobnych, dla których głównym narzędziem pracy, zamiast głowy, była pała i armatka wodna. Mały prezent ode mnie, dla wszystkich z tamtych czasów, którym mundur niezależnie od koloru, kojarzył się z szumowiną bez czci i honoru.
Krzysztof Cwynar "Pocieszanka": http://www.youtube.com/watch?v=VWP9obHzkVk
Ale wracając do "Rancza". "Ranczo", to nie tylko ludzie i role. "Ranczo", to również miejsca. Kościół, plebania, sklep i ławeczka, ośrodek zdrowia, szkoła, dom Amerykanki, rynek..Plenery w "Ranczu" są pozornie mało wyszukane ale tylko pozornie. Cóż pięknego czy interesującego może być na zapyziałej, polskiej prowincji? A jednak jest. Polska prowincja wcale nie jest zapyziała ani mało interesująca.
Pojechałem do Jeruzala, gdzie była kręcona większość scen z "Rancza". Jazda w chwilami ulewnym deszczu ale ciepło. Dojeżdżam na miejsce i zachłannie chłonę klimat. Kilka zdjęć do albumu.

Kościół..

A tutaj kościół wewnątrz.

Wiadomo, że jak kościół, to i plebania musi być..

A tutaj salka katechetyczna, w której Amerykanka uczyła angielskiego..

Pod sklepem Więcławskiej..

\
Na ławeczce. Nie wiem dokładnie na czyim miejscu siedzę, zdaje mi się, że chyba Hadziuka. Miałem przyjemność spożyć na ławeczce ekskluzywny obiad w postaci bułki i jogurtu. W klimacie "Rancza", miały niepowtarzalny smak.."Mamrota" też mieli w sklepie, ale nie było upału i nie chciało mi się pić :-) A flaszka, którą trzymam w ręku, była pożyczona od tubylca :-)

A oto ośrodek zdrowia doktora Wezóła. Wezół to jedna z najgenialniejszych postaci w "Ranczu"..
 No i szkoła...









"Ranczo", to jeszcze inne miejsaca i plenery. Ale to już na kolejny raz. Na pewno warto zobaczyć dom Amerykanki, który znajduje się w województwie łódzkiem.
Super wyjazd. Polecam wszystkim. I "Ranczo", i plenery w Jeruzalu.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Z.M.K. Hrubieszów

Że zajebisty mamy kraj (Z.M.K.), wiadomo nie od dzisiaj. A wschodnia granica jest wyjątkowa.
Nie potrafię wyrazić, jak wielką przyjemność sprawił mi wyjazd do Hrubieszowa. Dlaczego do Hrubieszowa? Bo nigdy tam nie byłem. A właściwie byłem przejazdem w trakcie ubiegłorocznego Rajdu Dookoła Polski. Dzisiaj, już z perspektywy czasu, widzą jak dobry pomysł miałem aby w końcu zrealizować to przedsięwzięcie, a nosiłem się z tym pomysłem od długiego czasu.
Hrubieszów jest miasteczkiem wyjątkowo pięknym, o niezwykłej wschodniej urodzie. Urodę tę budowali na przestrzeni wieków Polacy, Żydzi, Rosjanie, Niemcy a nawet Francuzi. A czy wiecie, że w okolicach Hrubieszowa stacjonowali Goci? Tak było, są do dzisiaj po nich ślady.
Nie będę opisywał historii Hrubieszowa, bo można ją znaleźć na wielu portalach internetowych. Zresztą nie jestem historykiem, nie mam historycznego zacięcia i jedyny fragment historii, który mnie interesuje, to okres II Rzeczypospolitej, a zwłaszcza Piłsudski, który była największym złem i nieszczęściem, jakie spotkało Polskę.
Wyjeżdżam z domu późno, prawie koło południa. Lecę na Hondzie, Harley odpoczywa..
Po zimie, w czasie, której głównym sportem było czytanie w na forach relacji kolegów z podróży motocyklowych, plecy trochę bolą. Zajeżdżam na stację zatankować i chociaż na parę minut przyjąć pozycję wyprostowaną.
Kolorowe tło i moja Hondzia.


























Jadę przez Zamość. Dojeżdżam do Hrubieszowa. Motocykl stawiam przy ulicy 3-go Maja. W ogóle ulica 3-go Maja to najpiękniejsza ulica Hrubieszowa..
Złażę z motocykla i już na pierwszy rzut oka widzą ładny domek.


























Podchodzę bliżej. Na ścianie tablica. Pewnie mieszkał tu ktoś znany. Patrzę i pierwszy zachwyt. W tym domu urodził się Bolesław Prus. Tak, tak, ten sam Prus, który w "Lalce" odważnie i chyba jako pierwszy w polskiej literaturze wcielił w postać Izabeli Łęckiej, dzisiaj już dobrze poznane zboczenie seksualne, zwane fetyszyzmem.



























































Nie oddycham z wrażenia. Dom Prusa..ale czad!!!
Po drugiej stronie ulicy piękny biały dworek. Na płocie czerwone tabliczki, czyli instytucja państwowa. Napis głosi, że to muzeum Stanisława Staszica. Bo w Hrubieszowie mieszkał przez jakiś czas również Stanisław Staszic. Czyż to nie genialne? Prus i Staszic w Hrubieszowie..Ale właścicielami tego dworku była rodzina Du Chateau, znany i zasłużony dla Hrubieszowa ród.





































































No to teraz następna ciekwostka. Czy wiecie, że w Hrubieszowie mieszkał Bolesław Leśmian? A, jak..wolno mu. Prus, Staszic, Leśmian..czyż to nie genialne?
No, dobrze, idę dalej. Po przeciwnej stronie ulicy budynek w niezwykłym, różowym kolorze. Budynek, widać, że stary.
























Podchodzę bliżej, na ścianie tablica pamiątkowa. Czytam i własnym oczom nie wierzę. Tutaj, mieszkał przed wojną, major Henryk Dobrzański "Hubal". Nie wierzycie? Proszę bardzo..


















































Dzisiaj w tym budynku mieści się polsko-fancuska fundacja, założona przez Krystynę i Stefana Du Chateau
























































W małym miasteczku, najbardziej wysuniętym na wschód mieście Polski, Prus, Staszic, Leśmian, "Hubal", czyż to nie genialne?!
A teraz kolejna ciekawostka. Czy wiecie, że w Hrubieszowie, urodził się sławny polski architekt, konserwator zabytków i rysownik, Wiktor Zin?!
Idę dalej. Kolejny dworek na ulicy 3-go Maja. Obecnie niestety przychodnia lekarska. Kiedyś właścicielami tego dworku była rodzina Golakowskich. Zdjęcie poniżej..

























Idę dalej. Oczywiście, cały czas ulicą 3-ga Maja. Kolejny przepiękny dom. No, po prostu perełka. To pałac Kiesewetterów, zasłużonej dla miast rodziny przemysłowców.





























































A teraz kolejna ciekawostka. Czy wiecie, że w Hrubieszowie urodził się kmdr. ppor. Bogusław Krawczyk, dowódca podwodnego okrętu-legendy ORP "Wilk"? Po prostu odjazd..
Wracam już powoli w kierunku motocykla. W głowie szum od nadmiaru wrażeń. Dochodzę do cerkwi p.w. Zaśnięcia N.M.P. Cerkiew, niestety zamknięta. Popatrzcie na nią chociaż z zewnątrz.


































Uff, naoglądałem się Hrubieszowa, ale wiem, że tylko dotknąłem jego klimatu i nie widziałem wszystkiego, co trzeba tam zobaczyć. Wrócę jeszcze, wiem, że wrócę..
Odpalam motocykl i jadę do pobliskiej miejscowości Gródek. Gródek to właściwie wieś ale fantastycznie położona, przepiękna krajobrazowo, o bardzo ciekawej przeszłości..
W 1018 roku na tym terenie miała miejsce, bitwa pomiędzy wojskami Bolesława Chrobrego i Jarosława Mądrego.
Tutaj znajduje się grodzisko z VIII-IX wieku.
A czy wiecie, że znajduje się tutaj największe w Europie cmentarzysko gockie? Czad zupełny..
To tutaj archeolodzy odkryli osadę z 3100-2500 r.p.e., zamieszkałą przez ludność kultury pucharów lejkowatych (ha, ha, ha...daję słowo, naprawdę tak się ta kultura nazywa...chyba musieli zdrowo sobie w gwizdek dawać przez wąskie szyjki)
O.K., dosyć ględzenia. Pokażę wam parę zdjęć z moją Hondzią w roli głównej. A Gródek położony jest po prostu fantastycznie. Rzeka, rozlewisko, wiosna, na każdym gnieździe bociany, na rozlewisku łabędzie. No po prostu coś niezwykłego...










































































































































































































Nadchodzi późne popołudnie. Czas kończyć moją wycieczkę. Jestem po prostu zachwycony Hrubieszowem i okolicą. Mam tam jeszcze mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Dzisiaj tylko lekko dotknąłem tego całego piękna i klimatu. Niebawem tam wrócę i wszystko wam opowiem.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Sezon 2013 rozpoczęty.

Krótko, bo tylko 80km, ale tak czy tak, była już jazda. Małe kółko wokół komina, najpierw kawałek za Łęczną, a później, oczywiście, Zawieprzyce.
O Zawieprzycach nie będę wam opowiadał, bo kiedyś już to zrobiłem: http://harleyman-harleyman.blogspot.com/2012/04/zawieprzyce-mon-amour.html
Jeszcze brunatne pola ale zieleń powoli zaczyna się już przebijać. Zdjęcia z zieolną dominantą, robione komórką :-)))
Wszystkim motocyklistom, życzę pięknego, udanego sezonu.




















































sobota, 13 kwietnia 2013

Sport to zdrowie

Hasło pt."Sport to zdrowie" od zawsze wywoływało u mnie ból uszu ze śmiechu, i mógłbym niejedno na ten temat opowiedzieć ze swojej własnej praktyki zawodowej, ale ostatnio otrzymałem tłumaczenie wywiadu dla jednej ze stacji telewizyjnych, którego udzielił dr Paulo Ubiratan ze szpitala w Porto Alegreon.

- Doktorze, ćwiczenia aerobikowe przedłużają życie, prawda?
- Ludzkie serce jest tak zaprogramowane, aby uderzyć określoną ilość razy. Nie marnujmy więc tych uderzeń na ćwiczenia. Wszystko się przecież zużywa. Twierdzenie, że sport to zdrowie, jest tak samo trafne, jak sugestia że szybka jazda samochodem przedłuży jego sprawność. Chcesz żyć dłużej? Zrób sobie siestę! 
- A co z mięsem? Czy rzeczywiście dla zdrowia należy jeść jak najwięcej owoców i warzyw?
- Zastanówmy się nad logistyką pokarmu. Co je krowa? Trawę i kukurydzę, prawda? To przecież rośliny. Zjedzenie befsztyka jest więc niczym więcej jak bardzo efektywnym wprowadzeniem warzyw do naszego organizmu. A że nasze trawienie wspomaga jedzenie produktów zbożowych, od czasu do czasu warto też posilić się drobiem.
- A czy należy ograniczyć spożycie alkoholu?
- W żadnym wypadku! Wino robi się przecież z owoców. Z kolei brandy, czy cognac to przedestylowane wino, co oznacza nic więcej jak to, że z wyjściowych owoców zabiera się więcej wody, aby człowiek mógł je jeszcze lepiej wykorzystać. To po prostu skondensowane owoce. Z kolei piwo to produkt zbożowy. Trzeba je pić!
- Jakie są korzyści z regularnych ćwiczeń fizycznych?
- Tak jak już mówiłem: nie marnujmy serca. Nie należy naprawiać czegoś, co nie jest zepsute. Skoro się dobrze czujesz, to po co sobie komplikować życie. 15 minut seksu dziennie jest więcej niż wystarczające do utrzymania formy.
- A co ze smażonymi potrawami ? Ostatnio mówi się dużo o ich szkodliwości.
- Nie, jeśli używamy oleju roślinnego. Produkty pochodzenia roślinnego są podstawą zdrowego żywienia.
- No ale ćwiczenia pomagają na pewno w odchudzaniu?
- Z tym też trzeba uważać. Bowiem intensywnie ruszane mięśnie mają przecież tendencję do wzrostu. Zobaczmy jakie są wieloryby. Żywią się tylko planktonem, piją tylko wodę, cały czas się ruszają i jakie są grube! Poza tym pamiętajmy: zając cały czas biega, skacze ale żyje maksymalnie 15 lat. Z kolei żółw nie skacze, nie biega, porusza się powolutku, nic nie robi i żyje nawet 450 lat. Gdyby dużo chodzenia było zdrowe, to listonosze żyliby wiecznie!
- A co z czekoladą?
- Toż to kolejna roślina! Kakao jest wspaniałym pokarmem powodującym uczucie szczęśliwości. Jedzmy go jak najwięcej!   - I pamiętajmy:   Życie nie powinno być podróżą do grobu w trakcie której tracimy czas na to, aby dotrzeć do niego cało i zdrowo, z atrakcyjnym, dobrze zachowanym ciałem. Znacznie lepiej poruszać się po tej drodze z piwem i chipsami w ręku, z dużą ilością seksu i nad grób dotrzeć wycieńczonym i zużytym, ale z okrzykiem: Było warto! Cóż to była za wspaniała podróż!