poniedziałek, 9 września 2013

Z "Orłem" w Bieszczady.

Klub motocyklowy "Orzeł", związany z moim bankiem, zaprosił mnie do wspólnego wyjazdu w Bieszczady. Zaproszenie przyjąłem z podwójną przyjemnością, bo po pierwsze w Bieszczadach nie byłem wieki całe, a po drugie, jak "Orzeł" robi wyjazd, to wiadomo, że będzie to wyjazd na najwyższym poziomie. Wiadomo, orły lubią tylko wysokie loty.
W piątek odpalam i jadę do zamku Krasickich w Krasiczynie, który jest naszą bazą zlotową. Droga przez Biłgoraj i Przeworsk, żeby ominąć okolice Sieniawy, z racji remontu mostu, który jest zamknięty dla ruchu.
Pogoda, po prostu niesamowita. Jesienne ciepło, miękkie światło, okoliczne pola sprawiają wrażenie jak namalowane na płótnie.
Po drodze spotykam tabuny motocyklistów. Grzechem byłoby w taką pogodę nie wyjechać...
Spokojnie, bez pośpiechu dojeżdżam do Krasiczyna.
Dyrekcja zamku zgodziła się na nasz wjazd motocyklami na dziedziniec zamkowy, a zgadza się na to bardzo rzadko, i nie każdy klub motocyklowy ma zaszczyt parkować motocykle w tak niezwykłym miejscu. Musi to być klub naprawdę wysokich lotów ;-)
Parkuję, zabieram bagaż i idę do hotelu, który znajduje się na terenie parku zamkowego.
Meldowanko, kąpiółka, przebieranko i wracam na zamek.


























Na dziedzińcu trwają przygotowania do przyjęcia.


Nie ma jeszcze wszystkich uczestników zlotu, ale motocykli sukcesywnie przybywa.




















































W międzyczasie oglądam zamek. Chociaż już go widziałem, za każdym razem patrzę na niego nowym spojrzeniem. Zawsze znajduję coś, czego poprzednio nie widziałem.


























































Zamek jest równie piękny od strony zewnętrznej. Zbliża się już wieczór. Piękne, żółte światło modeluje każdy szczegół.


























































































































































































No i powrót na dziedziniec. Do przyjęcia blisko, coraz bliżej. Wszystko przygotowane perfekt...







































Komnaty muzealne były otwarte. Kto chciał, mógł sobie pooglądać eksponaty. Wszystko piękne, włącznie z oprawą drzwi.








































Są już niemal wszyscy. Motocykle zaparkowane jak w folderze reklamowym.







































No i zaczyna się część oficjalna. Zapięcie sięga zenitu :-))) Rozpoczynają się powitania, przemówienia, prezentacje, podziękowania, wręczania nagród i w ogóle...


















































































Harleye oświetlone kolorowym światłem. Organizatorzy zadbali o każdy szczegół. Co tam dużo mówić, zawodowcy w każdym calu, amatorszczyzna tu nie przejdzie.


























A po części oficjalnej, część artystyczna. Przygrywa nam super kapela. Chłopaki grają wszystko. Od rocka po Bacha.





Robi się trochę zimno. Jesienne noce są już chłodne. Idę do hotelu założyć cieplejsze ubranie. Wracam przez park zamkowy. Zewnętrzna fasada zamku przepięknie oświetlona.

Organizator, oczywiście zadbał o wszystko. Zimno? Nie ma problemu. Na dziecińcu zamkowym zapłonęło ognisko. Komu zimno, może się ogrzać.

Kamerdyner opowiada historię zamku. Niestety smutną. Zarówno jego mieszkać, jak i sam zamek wiele ucierpieli w trakcie burz dziejowych.
Poniżej wklejam kilka zdjęć, zrobionych w czasie mojego ubiegłorocznego pobytu na zamku. Miałem wtedy możliwość obejrzeć kryptę grobową i kaplicę zamkową.

.






























Krypta grobowa Krasickich i Sapiehów. Smutne to miejsce. Oryginalne, marmurowe tablice nagrobne zostały  porozbijane przez bolszewików po wtargnięciu do Polski. Sowieccy żołdacy powyrywali tablice, powyrzucali z krypt trumny z ciałami a ciała Krasickich zbezcześcili i porozrzucali po dziedzińcu zamkowym i w okolicy zamku. Trumny w, których byli pochowani używali jako żłobów dla koni albo jako zbiorników wody w łaźni.
Poniżej fragment komnaty zamkowej.







































A poniżej zdjęcia z kaplicy zamkowej.
Piękny ołtarz.


































Poniżej rekonstrukcja sarkofagu księżniczki Zofii Sapieżanki. Zmarła mając 16 lat. Barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota po wtargnięciu na zamek rozbili sarkofag a ciało księżniczki wyrzucili na dziedziniec zamkowy.


























No dobrze, pokazałem Wam kilka zdjęć, zrobionych przy innej okazji, po to, żebyście mogli dotknąć chociaż odrobinę z ciekawej, choć tragicznej historii zamku. Jeśli chcecie dowiedzieć się o zamku więcej to wklejam linka:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Krasiczynie
O.K., wracamy na dziedziniec. Zabawa trwa w najlepsze. Gra już druga kapela, nastroje szampańskie, rozmowy motocyklowe i nie tylko, temperatura nastrojów rośnie, choć na dworze zimno.














































O północy zabawa przeniosła się do sali rycerskiej, ale ja, zmęczony poszedłem już spać. A podobno, też było super :-)))
Następnego dnia rano, szykowaliśmy się do wyjazdu do Arłamowa, żeby obejrzeć nowo wybudowany kompleks hotelowo-rekraacyjno-sportowo-turystyczno-jakiśtamjeszcze...


























A poniżej Iza z Żółwikiem, uśmiechnięci, zadowoleni, widać, że wczoraj dobrze się bawili ;-)







































A jeszcze niżej, Norbert, mój kolega z najpiękniejszych, licealnych lat. Chodziliśmy z Norbertem do jednej klasy do Zamoya. Ech...to były czasy...































No dobra, odpalamy, wyjeżdżamy za ogrodzenie i ustawiamy się w szyku do Arłamowa. Lecimy przez Birczę. Droga piękna, ale ta za  Birczą, to po prostu mistrzostwo świata. Zielono, słonecznie, wesoło, silniki buczą, pszczoły bzykają, wiaterek wieje i w ogóle. No po prostu radość życia ;-)))
Lecimy, lecimy, lecimy, i dolatujemy do lotniska w Arłamowie. Ochrona lotniska pozwoliła nam wjechać na pas startowy. No i się zaczęło !!! :-))). Możecie sobie wyobrazić, co się działo. Cały pas startowy tylko dla nas. Wszyscy dają w palnik, ile silniki wytrzymają. Radość w oczach, banany na gębach a adrenalina buzuje w naczyniach :-))) Ależ był czad !!! To był chyba jeden z najlepszych pomysłów na zlotowe atrakcje jaki w życiu widziałem.
Dojeżdżamy do hotelu w Arłamowie. Piękny, nowoczesny gmach. Najnowocześniejszy hotel w centralnej i centralno-wschodniej Europie.
Hotel jeszcze nie był oddany do użytku, termin otwarcia, został wyznaczony na 27 grudnia tego roku. Poniżej kilka zdjęć, żeby mniej więcej zobaczyć jak to wygląda.



















































































































































































Poniżej "widok z okna"





















Po zwiedzeniu centralnej części hotelu, obejrzeliśmy prezentację wszystkich walorów ośrodka. A po prezentacji pogawędził z nami pan Ryszard, który jeśli dobrze zapamiętałem, mieszkał w Bieszczadach od 48 lat.





















Poniżej pan Ryszard opowiada nam o swoim życiu w Bieszczadach. Życiu niejednokrotnie trudnym, w którym każdy dzień, zwłaszcza w początkowym okresie był walką o przetrwanie. Z każdego słowa przeziera miłość do Bieszczad. Miłość wyrażana w wierszach, rzeźbach, codziennej ciężkiej pracy.







































No i tak wygląda hotel. Jednym słowem...skromnie, ale ze smakiem ;-)))))
Po zwiedzaniu czas na obiad. Idziemy do pobliskiej karczmy.


























Wiadomo, że karczma w Bieszczadach nie może być inna jak drewniana.

























A po obiedzie mamy tzw."czas wolny". Oznacza to, że każdy jedzie z kim chce, gdzie chce i jak mawiają w wojsku...co żołnierz ma? Żołnierz ma wrócić na kolację.
Ja jadę nad Solinę. Nigdy nie byłem nad Soliną a skoro jestem tak blisko to żal nie skorzystać z okazji.
Poniżej droga, która prowadzi do hotelu w Arłamowie.






















A po drodze, znowu to cudownie miękkie, plastyczne światło, które prześwituje spomiędzy koron drzew i przepięknie oświetla trawy.


















































Dojeżdżam na Solinę. Zostawiam Hondzię na parkingu i idę na zaporę. Widoki rzeczywiście zachwycające. Zielone wzgórza nad Soliną, żaglówki, niebieska woda...coś pięknego.








































































































































Nasyciłem oczy pięknem Soliny, wracam już do motocykla. Po drodze poznaję jeszcze Irenkę. Oczywiście, nie może obejść się bez wspólnej foty.







































Nadciąga zmierzch, trzeba wracać już do Krasiczyna. Odpalam i ruszam. Rezygnuję z jady główną drogą na Przemyśl. Kieruję się przez małe wioski. Koloryt niesamowity. Chłopi jeżdżą konno wierzchem. Krowy idą środkiem jezdni, na której i bez nich jest wąsko.
Tak, wśród lokalnych atrakcji dojeżdżam do hotelu. Jeszcze fota...


























Po wycieczce motocykliście należy się kolacja. Kolację mamy w pobliskiej karczmie, do której idzie się malowniczą drogą nad rzeką.


























































Kolacja w miłym, motocyklowym towarzystwie, oczywiście w karczmie w drewnianym wystroju. W Bieszczadach nie może być inaczej. Cieszymy się swoim towarzystwem, choć czuć już delikatny nastrój pożegnania.

























A rano, naprawdę już się żegnamy. Niektórzy z nas mają długą drogę powrotną.























Cóż, i tak zakończył się nasz zlot. Piękna, świetnie zorganizowana impreza. Wspaniałe plenery, wspaniały zamek, piękna, choć tragiczna historia rodziny Sapiehów, rajd po pasie startowym lotniska. Masa wspaniałych, niezapomnianych przeżyć.
Dziękuję wszystkim za super towarzystwo i, mam nadzieję na kolejne spotkanie na naszych motocyklowych szlakach.

poniedziałek, 2 września 2013

A nie mówiłem ?

A nie mówiłem, że jeszcze tam wrócę? Oczywiście, mam na myśli mój ostatni wyjazd na Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie, po którym nawet ślad nie pozostał w postaci rzetelnej informacji zdjęciowej, bo jak już pisałem padła mi karta...
Ale co ma wisieć nie utonie, i wczoraj wybraliśmy się z Jolą powtórnie w te same i w nowe miejsca, żeby pokazać wam to, co moim zdaniem koniecznie trzeba zobaczyć w tym regionie.
Najpierw lecimy do Kijan, żeby obejrzeć pałac Sonnenbergów.
Pałac zbudowano w 1850 roku, a w 1880 przebudował go Stanisław Sonnenberg. Nie bardzo można dojść ładu z informacjami, czy St. Sonnenberg pałac wybudował, czy tylko go przebudował, zwłaszcza, że Kijany miały przed nim kilku innych właścicieli.
Od bramy, do pałacu prowadzi przepiękna lipowa aleja...


























Pałac zbudowany jest w stylu neorenesansowym. Z przodu jest filarowo-arkadowy portyk, w którym niby miały być umieszczone dwa posągi, Ateny i Demeter, ale jak słowo daję, ja tam żadnych bogiń nie widziałem.


























A z tyłu Sonnenberg kazał dla córki dobudować salę balową. Salę zbudowano na planie ośmioboku z galerią dla orkiestry.






















Nieopodal pałacu jest kościół p.w. św. Anny, a obok cmentarz, na którym znajduje się grobowiec rodziny Skłodowskich. Pochowany tam jest Ksawery Skłodowski, brat Józefa, który był dziadkiem Marii Skłodowskiej.
Z Kijan lecimy do Dratowa, obejrzeć prawosławną cerkiew p.w. św. Mikołaja. Po drodze wstępujemy na stację benzynową, zapytać miejscowych, gdzie ta cerkiew, bo wbrew pozorom, wcale nie jest łatwo ją odnaleźć.



W końcu znajdujemy. Ładne miejsce, trochę na uboczu wsi, w pobliżu jeziora.
Pierwsza cerkiew w Dratowie pochodzi z XV w., ale ta obecna była zbudowana w latach 1888-1892.
I znowu, do cerkwi prowadzi piękna, lipowa aleja...


































Historia prawosławnej parafii i samej cerkwi jest ciekawa i dość burzliwa. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej to wklejam linka: http://pl.wikipedia.org/wiki/Cerkiew_%C5%9Bw._Miko%C5%82aja_w_Dratowie


































Chwila odpoczynku na schodach...


































Piękne, zadrzewione otoczenie cerkwi...


























Żegnamy się już z piękną cerkwią. Miejsce bardzo nastrojowe i urokliwe.
Teraz jedziemy do Sosnowicy, obejrzeć dworek Sosnowskich, w którym rozegrał się dramat nieszczęśliwej miłości Tadeusza Kościuszki i Ludwiki Sosnowskiej. Zresztą całe ich życie było dramatem, ale tutaj wszystko się zaczęło. Historię tę opisałem w innym poście na blogu: http://www.harleyman-harleyman.blogspot.com/2013/08/pech-trojwymiarowy.html
A dworek wygląda tak:


















































W Sosnowicy psuje się pogoda, zaczyna padać. Miałem jeszcze kilka punktów programu, widzę, że chyba trzeba będzie się ewakuować. Postanawiamy jednak z Jolą, że pojedziemy jeszcze do Holi. W Holi jest stara cerkiew i skansen.
Dojeżdżamy do Holi. Deszcz coraz większy.
Cerkiew św.Antoniego Pieczerskiego. Jeśli ktoś chciałby przeczytać historię parafii i cerkwi to zapraszam tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Cerkiew_%C5%9Bw._Antoniego_Pieczerskiego_w_Holi


















































Tuż koło cerkwi, jest stary krzyż, stary cmentarz i skansen...


































Poniżej dwa zdjęcia ze skansenu. Kapliczka i chałupa. A o skansenie możecie więcej przeczytać tutaj: http://www.skanseny.net/skansen/hola


























































No i co? Nie mówiłem, że jeszcze tu wrócę ? :-)
No, i wróciłem. Co prawda, ominęliśmy z Jolą kurhan w Zienkach, ale na Harleyach nie dało by się tam wjechać. Głębokie koleiny i leśna, nierówna droga, porośnięta wysoką trawą...
Pada silny deszcz. Chciałem pojechać jeszcze w kilka innych miejsc, ale nie było już sensu. Ani zwiedzanie w ulewie nie ma uroku, a i jazda robi się niebezpieczna. Ale nic się nie stało, będzie powód, żeby przyjechać tu jeszcze kolejny raz. A zwiedzania na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim jest na co najmniej kilka przyjazdów.
Kiedyś tu jeszcze wrócę :-)))

wtorek, 27 sierpnia 2013

Pech trójwymiarowy :-)

I jak tu nie wierzyć tym, którzy mówią, że przedmioty martwe mają dusze?
Było tak. A właściwie to nie wiem od czego zacząć...
Zamówiłem sobie nowego pstrykacza na wyjazdy. Jak wiadomo, na wyjazdach używam tylko pstrykacza, bo nikt normalny nie wozi motocyklem lustra. Potrzebowałem nowego, bo stary miał za wąski szeroki kąt (29mm), co wyraźnie odczułem w czasie ostatniego wyjazdu do Rumunii i w kilku innych akcjach. A nowy ma mieć 24mm, i dodatkowo RAW-y, które też mnie bardzo cieszyły.
Nowy sprzęt zamówiony i czekam, a w międzyczasie wybrałem się w podróż na Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie do trzech wsi, które same w sobie nie są może niczym szczególnym, ale w każdej jest coś fajnego do zobaczenia.
A, ponieważ po drodze miałem jeszcze Zawieprzyce, więc wpadłem jeszcze na chwilę do Zawieprzyc, ale tym razem nie na górę, na terenie dawnego folwarku, ale przepiękne łąki w dolinie Wieprza, tak że kaplicę i ruiny pałacu widziałem z dołu. Widok przepiękny. A przy okazji pojeździłem sobie Transalpem po nadwieprzańskich łąkach. Zdjęcia robię eleganckie...Hondzia w trawie, Hondzia w trzcinach, Hondzia na tle ruin romantycznych, i w ogóle...
Jadę dalej do Zienek. Co jest w Zienkach? W Zienkach jest zarąbisty kurhan, w którym pochowano miejscową ludność z epoki brązu, z kultury trzcinieckiej.
Jeśli chcecie przeczytać coś o kulturze trzcinieckiej to proszę uprzejmie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kultura_trzciniecka
Kurhan położony jest w lesie za wsią. Można wjechać motocyklem do lasu, ale w pewnym momencie jest szlaban, dalej nie można wjeżdżać, ze względu na ostoję zwierząt. Rzeczywiście ślady dzików widać wszędzie. Zostawiłem motocykl przed szlabanem i idę ok. 300-400 m, piechotą. Las przepiękny, miejsce, w którym znajduje się kurhan tak nastrojowe, że nie da się opisać. Oczywiście, robię zdjęcia, w pionie, w poziomie, ze wszelkimi możliwymi wariantami ekspozycji, itd...Będą super foty na bloga.
Z Zienek jadę do Sosnowicy. Co jest w Sosnowicy? W Sosnowicy jest piękny dworek, w którym rozegrała się historia niespełnionej miłości Tadeusza Kościuszki i Ludwiki Sosnowskiej.
Tadeusz i Ludwika, znali się od dziecięcych lat, widując się niekiedy przy okazji spotkań obydwu rodzin. A w 1775 roku Tadeusz Kościuszko, otrzymał od Józefa Sosnowskiego, właściciela dóbr sosnowickich, propozycję przyjazdu do Sosnowicy i objęcia posady nauczyciela jego córek, Katarzyny i Ludwiki. Miał je uczyć malarstwa, rysunku i hmmm...francuskiego.
No i jak to często bywa, tak je uczył, że w końcu zapałali do siebie z Ludwiką afektem. Oczywiście, jak to młodzi, zaraz zaczęli sobie planować matrymonium, żeby w grzechu nie żyć. Problem był w tym, że ojciec Ludwiki, wymyślił sobie, wydać ją bogato za mąż, zaś ten warunek delikatnie rzecz ujmując, najmocniejszą stroną Tadeusza nie był. Tatuś wymyślił nader sprytny fortel, i przerżnął w karty do księcia Lubomirskiego swoje dobra na Podolu. Później zaproponował, żeby jego córka Ludwika poślubiła młodego Lubomirskiego co to Józef było mu od chrztu, a później przegrane dobra stały się ich wspólną własnością.
Tadeusz czując pismo nosem, oświadczył się o rękę Ludwiki, ale dostał harbuza. Marniał chłop ze zgryzoty, młoda rzewnymi łzami się zalewała, ale stary Sosnowski nie po to wtopił w karty kawał majątku, żeby przejmować się takim fanaberiami. Tadeusz prosił o wstawiennictwo króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, ale na nic się to nie zdało. Później Tadeusz wymyślił sobie, że porwie Ludwikę i potajemnie zwiążą się matrymonium. Nawet kumple z wojska go popierali, a plan porwania miał ułożyć sam komendant Szkoły Rycerskiej, Książe Adam Czartoryski. Plan się nie udał, pewnie książe był za cienki w uszach na takie zabawy i trochę za wcześnie się urodził, bo mistrzami świata w porwaniach, pobiciach i skrytobójstwach były dopiero umundurowane zbiry Piłsudskiego.
Tak, czy tak, stary Sosnowski szybko wydał Ludwikę za mąż na Józefa Lubomirskiego, a Tadeuszowi zostało tylko wzdychanie po nocach...
Ani Tadeuszowi, ani Ludwice, pomimo, że sypiała z kim innym, stara miłość nie przeszła. Jeszcze piętnaście lat później, Ludwika pisała do niego czułe listy, a Tadeusz nigdy się nie ożenił i w samotności zmarł w Szwajcarii.
Mówią, że wielkie czyny Tadeusza Kościuszki, które postawiły go w panteonie największych bohaterów narodowych Polski, miały swoją genezę w wielkiej, niespełnionej miłości z Sosnowicy. Pewnie coś w tym jest, bo w bitwie pod Maciejowicami był podobno tak pijany, że dowodził, leżąc na wozie, na koniu nie był w stanie się utrzymać. Nie szkodzi, nawet największy bohater ma prawo od czasu do czasu dać sobie w gwizdek z nieszczęśliwej miłości.
No więc robię zdjęcia dworku, ronię łzę nad nieszczęściem młodych i myślę sobie:"zrobię fotę komórką i wyślę Joli, żeby widziała, w jakim czadowym miejscu jestem".
Chcecie zobaczyć dwór w Sosnowicy? Proszę bardzo.

























Z Sosnowicy jadę do Holi. W Holi jest piękna, stara cerkiew z XVIII wieku i niewielki, ale piękny skansen. W Holi, przed cerkwią, pracownicy układają kostkę brukową i mówią mi, że obok skansenu mieszka człowiek, który ma klucze od cerkwi, i jak się go poprosi, to otwiera i pokazuje cerkiew. Idę we wskazane miejsce i widzę, że osoba, o której mowa, stoi przed domem. Podchodzę, mówię o co chodzi, ale niestety, pan Tadeusz, chwilowo nie ma klucza od cerkwi. Rozmawiamy jeszcze kilka chwil, i w ten sposób poznaję pana Tadeusza Karabowicza, który jest poetą. Pisze po polsku i po ukraińsku, a jego wiersze były tłumaczone na język rumuński. Jak wrzucicie go w google, to dostaniecie listę książek, które napisał, dłuższą niż stąd do wieczności. Dostałem od pana Tadeusza zaproszenie z kolegami motocyklistami na przyszłoroczny Jarmark Holański, który będzie miał miejsce w ostatnią niedzielę lipca.
Oczywiście, robię foty. Piękny skansen, piękna cerkiew, i w ogóle..
Przyjeżdżam, pełen wrażeń do domu. Wyciągam kartę z aparatu, żeby obrobić zdjęcia na bloga, wkładam kartę do komputera i dostaję komunikat:"Karta uszkodzona". No tak, scenariusz jak z najczarniejszego snu. Piękna wycieczka, przepiękne obiekty, fantastyczny, jesienny już klimat i...kilkadziesiąt zdjęć poszło się bzykać. Jedyne, które ocalało, to, to z komórki.
Później przeczytałem w internecie, że canon, którym robiłem zdjęcia jest czuły na baterię na granicy rozładowania, i lubi odpakować taki numer, że uszkadza kartę. Pewnie obraził się za to, że chcę go wymienić na inny. I co? Nie mają duszy martwe przedmioty?
Niektórzy mówią o takich sytuacjach, że mieli pecha do kwadratu. Ja miałem pecha trójwymiarowego.
Ale kiedyś jeszcze tam wrócę :-)