Wstawiam trzy karty, czyli trzy zdjęcia.
Byłem dzisiaj Hondzią w czadowym miejscu, ale nie powiem, gdzie, ciekawy jestem, ile osób zgadnie.
Miejscowi motocykliści, mogą wiedzieć, choć podejrzewam, że i tak nie wszyscy...
Odpowiedzi, uprzejmie proszę, umieszczać w komentarzach :-)
Karta nr 1.
Karta nr 2.
Karta nr 3.
piątek, 17 czerwca 2016
niedziela, 5 czerwca 2016
Zbigniew Matysiak, czyli krótko, patriotycznie i na sportowo.
Bank, zaprosił swoich klientów motocyklistów, do uświetnienia swoją obecnością biegu "Solidarności".
A, później miał być grill, spotkanie z człowiekiem legendą, Zbigniewem Matysiakiem i balety.
Zbiórka w Świdniku. Zjechaliśmy na różnych motocyklach, wśród nich prawdziwe cacka.
A, później bryknęliśmy na lotnisko, gdzie mieliśmy uświetniać. Stoimy w rządku, ludzie podziwiają, niewiasty wzdychają, dzieci wrzeszczą, biegacze rozgrzewają nogi, Norbert narzeka, że poszła mu ostatnia bańka i czego teraz będzie żył, i w ogóle...
Postaliśmy z godzinkę, polansowaliśmy się i pojechaliśmy do Wierzchowisk na spotkanie z Panem Zbigniewem i na balety.
Rozpoczyna się część oficjalna, władze banku witają, dziękują i zapraszają ...
Pani Dyrektor Muzeum Martyrologii Pod Zegarem, w swoim wystąpienia, wprowadza nas w koleje życia Pana Zbigniewa, opowiada o jego losach, walce o Polskę, gehennie więźnia, i o powojennych losach, wspaniałych sukcesach sportowych, najpierw w kolarstwie, a później w sportach motocyklowych.
Wystąpienie, Pana Zbigniewa, poprzedził film o jego życiu, a później, już wspaniały gość mówił sam. A było czego słuchać.
Pan Zbigniew Matysiak. Rocznik 1926. AK-owiec ze zgrupowania Hieronima Dekutowskiego "Zapory", przydzielony do grupy zajmującej się, wykonywaniem wyroków śmierci na zdrajcach, konfidentach gestapo i nkwd (pisownia małą literą zamierzona) Więzień ub, torturowany, eksterminowany na wszystkie sposoby, jakie znała komunistyczna szumowina, ruskie ścierwo i ich polskie pridupniki.
Po wyjściu z więzienia, z trudem utrzymując się na powierzchni życia, dzieląc los wszystkich Żołnierzy Wyklętych, próbuje zrobić coś pożytecznego ze swoim życiem.
Cudem dostaje pracę, powoli, dzięki ludziom takim jak on sam, zaczyna uprawiać sport. Osiąga w im wspaniałe sukcesy jako czynny zawodnik kolarstwa, później sportów motocyklowych. Później zostaje trenerem i nauczycielem młodych motocyklistów.
Czy wiecie, że to właśnie Pan Zbigniew, wjechał motocyklem na Górę Trzech Krzyży w Kazimierzu ? I to nie po tym stosunkowo łagodnym stoku, po którym wchodzi się na nią piechotą, ale stokiem od strony kościoła św.Anny. Czy dzisiaj, któryś z motocyklistów, dokonałby tego ? Chciałbym zobaczyć tych wszystkich za przeproszeniem "instruktorów" od jazdy motocyklem, którzy ogłaszają się w internecie, że są tacy świetni i, że czują się upoważnieni do uczenia innych, jak wjeżdżają z tymi swoimi umiejętnościami, śladem Pana Zbigniewa, na Górę Trzech Krzyży. Śmiech mnie ogarnia, na samą myśl...
Pan Zbigniew, ma 90 lat, ale kiedy mówi, czuć w nim człowieka ze stali. Patriota, dla którego nie ma kompromisów w miłości do ojczyzny. Trudne życie, nie zabiło w nim poczucia humoru. Kiedy opowiada, słuchający, co chwilę śmieją się razem z nim.
To chyba już kultowa dykteryjka, w której opowiada, jak ogląda nowo wybudowany tor crossowy i mówi:"Co to, k...a za tor ? Na nim nie ma się czego bać..." Czyż nie odjazd w biały dzień ?
Oto Pan Zbigniew...Uśmiechnięty, z szalonym dystansem do siebie i swojego niełatwego życia...
Poprosiłem kolegę o zrobienie mi zdjęcia z Panem Zbigniewem. Mam, ale nie pokażę, chcę je mieć tylko siebie...
Pan Zbigniew, skończył już swoją opowieść. Szkoda, mógłbym go słuchać bez końca...
Później było obiad. Najadłem się pysznych pierogów z grzybami. Spać mi się zachciało. Myślę sobie, prześpię się trochę, gdzieś w krzakach w parku...Ale mój kolega, Radzio, fantastyczny mechanik, przed którym żaden Harley, nie ma tajemnic, i nie ma takiej choroby, z której nie potrafiłby Harleya wyleczyć, mówi, że musi jechać już do domu. Myślę sobie...pojadę i ja...Impra miała być do wieczora, muzyka, tańce i w ogóle...Od tańców, lepiej dla mnie trzymać się z daleka, bo efekt mógłby być taki, jak dla tych "Instruktorów" przy wjeździe na Górę Trzech Krzyży... :-)))
No, i tak pojechaliśmy z Radziem w drogę powrotną.
Super było. Krótki, niedaleki wyjazd, ale impra niezrównana.
A, później miał być grill, spotkanie z człowiekiem legendą, Zbigniewem Matysiakiem i balety.
Zbiórka w Świdniku. Zjechaliśmy na różnych motocyklach, wśród nich prawdziwe cacka.
A, później bryknęliśmy na lotnisko, gdzie mieliśmy uświetniać. Stoimy w rządku, ludzie podziwiają, niewiasty wzdychają, dzieci wrzeszczą, biegacze rozgrzewają nogi, Norbert narzeka, że poszła mu ostatnia bańka i czego teraz będzie żył, i w ogóle...
Postaliśmy z godzinkę, polansowaliśmy się i pojechaliśmy do Wierzchowisk na spotkanie z Panem Zbigniewem i na balety.
Rozpoczyna się część oficjalna, władze banku witają, dziękują i zapraszają ...
Pani Dyrektor Muzeum Martyrologii Pod Zegarem, w swoim wystąpienia, wprowadza nas w koleje życia Pana Zbigniewa, opowiada o jego losach, walce o Polskę, gehennie więźnia, i o powojennych losach, wspaniałych sukcesach sportowych, najpierw w kolarstwie, a później w sportach motocyklowych.
Wystąpienie, Pana Zbigniewa, poprzedził film o jego życiu, a później, już wspaniały gość mówił sam. A było czego słuchać.
Pan Zbigniew Matysiak. Rocznik 1926. AK-owiec ze zgrupowania Hieronima Dekutowskiego "Zapory", przydzielony do grupy zajmującej się, wykonywaniem wyroków śmierci na zdrajcach, konfidentach gestapo i nkwd (pisownia małą literą zamierzona) Więzień ub, torturowany, eksterminowany na wszystkie sposoby, jakie znała komunistyczna szumowina, ruskie ścierwo i ich polskie pridupniki.
Po wyjściu z więzienia, z trudem utrzymując się na powierzchni życia, dzieląc los wszystkich Żołnierzy Wyklętych, próbuje zrobić coś pożytecznego ze swoim życiem.
Cudem dostaje pracę, powoli, dzięki ludziom takim jak on sam, zaczyna uprawiać sport. Osiąga w im wspaniałe sukcesy jako czynny zawodnik kolarstwa, później sportów motocyklowych. Później zostaje trenerem i nauczycielem młodych motocyklistów.
Czy wiecie, że to właśnie Pan Zbigniew, wjechał motocyklem na Górę Trzech Krzyży w Kazimierzu ? I to nie po tym stosunkowo łagodnym stoku, po którym wchodzi się na nią piechotą, ale stokiem od strony kościoła św.Anny. Czy dzisiaj, któryś z motocyklistów, dokonałby tego ? Chciałbym zobaczyć tych wszystkich za przeproszeniem "instruktorów" od jazdy motocyklem, którzy ogłaszają się w internecie, że są tacy świetni i, że czują się upoważnieni do uczenia innych, jak wjeżdżają z tymi swoimi umiejętnościami, śladem Pana Zbigniewa, na Górę Trzech Krzyży. Śmiech mnie ogarnia, na samą myśl...
Pan Zbigniew, ma 90 lat, ale kiedy mówi, czuć w nim człowieka ze stali. Patriota, dla którego nie ma kompromisów w miłości do ojczyzny. Trudne życie, nie zabiło w nim poczucia humoru. Kiedy opowiada, słuchający, co chwilę śmieją się razem z nim.
To chyba już kultowa dykteryjka, w której opowiada, jak ogląda nowo wybudowany tor crossowy i mówi:"Co to, k...a za tor ? Na nim nie ma się czego bać..." Czyż nie odjazd w biały dzień ?
Oto Pan Zbigniew...Uśmiechnięty, z szalonym dystansem do siebie i swojego niełatwego życia...
Pan Zbigniew, skończył już swoją opowieść. Szkoda, mógłbym go słuchać bez końca...
Później było obiad. Najadłem się pysznych pierogów z grzybami. Spać mi się zachciało. Myślę sobie, prześpię się trochę, gdzieś w krzakach w parku...Ale mój kolega, Radzio, fantastyczny mechanik, przed którym żaden Harley, nie ma tajemnic, i nie ma takiej choroby, z której nie potrafiłby Harleya wyleczyć, mówi, że musi jechać już do domu. Myślę sobie...pojadę i ja...Impra miała być do wieczora, muzyka, tańce i w ogóle...Od tańców, lepiej dla mnie trzymać się z daleka, bo efekt mógłby być taki, jak dla tych "Instruktorów" przy wjeździe na Górę Trzech Krzyży... :-)))
No, i tak pojechaliśmy z Radziem w drogę powrotną.
Super było. Krótki, niedaleki wyjazd, ale impra niezrównana.
Etykiety:
AK-owcy,
bank,
blog,
free biker,
Harelyeman,
Harley,
harley-man,
honda,
Lublin Airport,
motocykl,
motocyklista,
podróż,
rajd,
Świdnik,
transalp,
wolność,
wyjazd,
Zbigniew Matysiak,
żołnierze wyklęci
poniedziałek, 30 maja 2016
Zalipie, czyli z wizytą u Felicji Curyłowej.
Każdy, kto mnie zna, ten wie, że lubię jeździć po wsiach (podobnie, jak mój kolega Wojtek, który też pojechał na wieś, tylko do Mołdawii. Z Kaśką :-))) )
Ech, gdzież ci młodzieńcy z moich dziecinnych lat, szalejący na czarnych WSK-ach, którzy jak w niedzielę po mszy, darli przez wieś, to kury przestawały się nieść, na co najmniej dwa tygodnie. Ileż, okoliczne hodowczynie drobiu, opomstowały się na tych bezbożników, na diabelskich maszynach, to tylko one wiedzą.
Przywołując na pamięć, wspaniałe postacie motocyklistów mojego dzieciństwa, wielu z nich już śmiga po tamtej stronie...też jeżdżę po wsiach motocyklem, co prawda, nie WSK-ą, ale też czarnym.
Ostatnio, wymyśliłem sobie, że pojadę do Zalipia, zobaczyć przepiękne malowane domy. Domy ? Nie tylko. W Zalipiu, wszystko jest malowane, nawet budy dla psów i studnie.
Samotny wilk, zwykle jeżdżę sam, ale tym razem, zapraszam koleżanki i kolegów, żeby zobaczyli Zalipie. Nikt nie może. Dzwonie to Marka. Marek mówi, że jutro deszcz pokazują w telewizorze. No, dobra, to pojutrze. Dzwonię do Marka. Marek, mówi, że jedzie. No, wreszcie, ktoś może.
Spotykamy się na stacji benzynowej, odpalamy i lecimy. Zalipie jest koło Dąbrowy Tarnowskiej, leży na tzw. Powiślu Dąbrowskim. 210 km w jedną stronę, nawet nie ma o czym mówić.
Lecimy przez Opatów. Zatrzymujemy się na szybkie siku i coś się napić.
Lecimy dalej. Kilka kilometrów przed Zalipiem jest przeprawa promowa.
Dojeżdżamy do Zalipia. Widzę pierwszy wymalowany dom, ale...obraz nędzy i rozpaczy. Cała farba spłynęła. Po malowidłach, tylko mgliste wspomnienie i wymazane ściany. Jedziemy dalej
Dojeżdżamy do domy Felicji Curyłowej. Stawiamy motocykle i rozglądamy się. Domy wymalowane tak, że odjazd zupełny. Pierwszy, który rzuca się w oczy, to współczesny, zamieszkały dom, wymalowany w ludowe motywy. Jak już pisałem wcześniej, wszystko jest wymalowane. Od ścian domów po studnię i budę dla psa.
Dach, kryty eternitem, ale malunki muszą być.
Kostka brukowa, złożona, gotowa do budowy, ale nad nią malowidło, musi być :-)
Po drugiej stronie drogi, stoi zagroda Felicji Curyłowej. To kobieta legenda, a jej życiorys, wystarczyłby do obdzielenia kilku osób. To właśnie ona, stworzyła tradycję malowania domów w Zalipiu. Przełamcie się, i przeczytajcie historię jej życia, umieszczoną na tablicy w muzeum, zorganizowanym w jej zagrodzie.
Czytam jej historię i nie mogę wyjść z podziwu, ile w niej, nie tylko talenty, artystycznej wrażliwości, ale również hartu ducha, samozaparcia, woli czynienia dobra dla innych ludzi, i nieprawdopodobnej "siły przebicia".
W jednym z pomieszczeń, jest coś, w rodzaju izby pamięci poświęconej Felicji. Historia jej życia, pracy, dokonań i osiągnięć. Wspaniała kobieta, z niezachwianą wiarą, w słuszność tego, co robi.
Wychodzimy z izby pamięci i idziemy obejrzeć obejście. Wszędzie czysto, kolorowo, radośnie, malowanki w każdym możliwym miejscu.
O.K. Opuszczamy już z Markiem, mały domek, troszkę skromniejszy niż główna posiadłość Felicji. Nie wiem, kto w nim mieszkał, może teściowa ?
W ogródku, Marek zawinszował sobie zdjęcie z opiatami.
Wracamy do głównej zagrody, oglądamy malunki na zewnętrznych ścianach...
Wchodzimy do wnętrza domu Felicji Curyłowej i ... wow !!! Dech zapiera...
Najpierw kuchnia...
Przechodzimy do pokoju. Przepiękny, patriotyczny wystrój. Nad łóżkiem, wielki orzeł...


Wychodzimy z domu, pospacerować jeszcze po obejściu...
Malowana studnia...
Tył domu Felicji. Jeszcze nie pomalowany. Chyba czekał na swój czas. Niestety, Felicja, zmarła w 1974 roku. Została niewypełniona pustka...
Jeszcze motocykle na tle zagrody Felicji...
I tablica informacyjna, w trzech językach, ale japońskiego, nie ma. Panie w zagrodzie, mówiły mi, że przeżywają najazd Japończyków. Czyż to nie piękne ? Japończycy, przyjeżdżają do Zalipia, żeby obejrzeć dom Felicji Curyłowej.
Zbieramy się już powoli do odjazdu. Chcemy wstąpić jeszcze do Domu Malarek. Dom Malarek, to coś w rodzaju domu kultury, w którym można obejrzeć reprodukcje wszystkich malowideł z przysółków w Zalipiu. Jest też piękna, nowoczesna sala widowiskowa. Oczywiście, budowę domu zainicjowała Felicja. Nie dożyła, rozpoczęcia budowy, ale to jej dzieło.
Na dziedzińcu Domu Malarek, odbywał się festiwal truskawek. Konkursu na wszystko, na malowanki, na najsmaczniejszą truskawkę, najsmaczniejszy placek truskawkowy itd..
Wieczorem, miała być zabawa, ale chyba tylko dla młodych. Mnie by wygonili.
I to już koniec nasze wizyty w Zalipiu. Przepiękna, fantastyczna wioska. Niezwykła postać Felicji Curyłowej. Żal wyjeżdżać, ale jak trzeba, to trzeba...
Wyskakujemy na autostradę Kraków-Rzeszów, dajemy w palnik. Po włóczędze na lokalnych drogach, podkręcamy manetę o banan od ucha do ucha...
Gdzieś za Rzeszowem, jeszcze ostatnie zdjęcie...
Spokojnie, nieśpiesznie dolatujemy do Lublina. 240 kilometrów przeszło jak sen. Przepiękny, pełen niezapomnianych wrażeń wyjazd.
Felicja Curyłowa...na długo zostanę pod wrażeniem jej postaci.
Ech, gdzież ci młodzieńcy z moich dziecinnych lat, szalejący na czarnych WSK-ach, którzy jak w niedzielę po mszy, darli przez wieś, to kury przestawały się nieść, na co najmniej dwa tygodnie. Ileż, okoliczne hodowczynie drobiu, opomstowały się na tych bezbożników, na diabelskich maszynach, to tylko one wiedzą.
Przywołując na pamięć, wspaniałe postacie motocyklistów mojego dzieciństwa, wielu z nich już śmiga po tamtej stronie...też jeżdżę po wsiach motocyklem, co prawda, nie WSK-ą, ale też czarnym.
Ostatnio, wymyśliłem sobie, że pojadę do Zalipia, zobaczyć przepiękne malowane domy. Domy ? Nie tylko. W Zalipiu, wszystko jest malowane, nawet budy dla psów i studnie.
Samotny wilk, zwykle jeżdżę sam, ale tym razem, zapraszam koleżanki i kolegów, żeby zobaczyli Zalipie. Nikt nie może. Dzwonie to Marka. Marek mówi, że jutro deszcz pokazują w telewizorze. No, dobra, to pojutrze. Dzwonię do Marka. Marek, mówi, że jedzie. No, wreszcie, ktoś może.
Spotykamy się na stacji benzynowej, odpalamy i lecimy. Zalipie jest koło Dąbrowy Tarnowskiej, leży na tzw. Powiślu Dąbrowskim. 210 km w jedną stronę, nawet nie ma o czym mówić.
Lecimy przez Opatów. Zatrzymujemy się na szybkie siku i coś się napić.
Dojeżdżamy do Zalipia. Widzę pierwszy wymalowany dom, ale...obraz nędzy i rozpaczy. Cała farba spłynęła. Po malowidłach, tylko mgliste wspomnienie i wymazane ściany. Jedziemy dalej
Dojeżdżamy do domy Felicji Curyłowej. Stawiamy motocykle i rozglądamy się. Domy wymalowane tak, że odjazd zupełny. Pierwszy, który rzuca się w oczy, to współczesny, zamieszkały dom, wymalowany w ludowe motywy. Jak już pisałem wcześniej, wszystko jest wymalowane. Od ścian domów po studnię i budę dla psa.
Dach, kryty eternitem, ale malunki muszą być.
Kostka brukowa, złożona, gotowa do budowy, ale nad nią malowidło, musi być :-)
Po drugiej stronie drogi, stoi zagroda Felicji Curyłowej. To kobieta legenda, a jej życiorys, wystarczyłby do obdzielenia kilku osób. To właśnie ona, stworzyła tradycję malowania domów w Zalipiu. Przełamcie się, i przeczytajcie historię jej życia, umieszczoną na tablicy w muzeum, zorganizowanym w jej zagrodzie.
Czytam jej historię i nie mogę wyjść z podziwu, ile w niej, nie tylko talenty, artystycznej wrażliwości, ale również hartu ducha, samozaparcia, woli czynienia dobra dla innych ludzi, i nieprawdopodobnej "siły przebicia".
W jednym z pomieszczeń, jest coś, w rodzaju izby pamięci poświęconej Felicji. Historia jej życia, pracy, dokonań i osiągnięć. Wspaniała kobieta, z niezachwianą wiarą, w słuszność tego, co robi.
Wychodzimy z izby pamięci i idziemy obejrzeć obejście. Wszędzie czysto, kolorowo, radośnie, malowanki w każdym możliwym miejscu.
O.K. Opuszczamy już z Markiem, mały domek, troszkę skromniejszy niż główna posiadłość Felicji. Nie wiem, kto w nim mieszkał, może teściowa ?
W ogródku, Marek zawinszował sobie zdjęcie z opiatami.
Wracamy do głównej zagrody, oglądamy malunki na zewnętrznych ścianach...
Wchodzimy do wnętrza domu Felicji Curyłowej i ... wow !!! Dech zapiera...
Najpierw kuchnia...
Przechodzimy do pokoju. Przepiękny, patriotyczny wystrój. Nad łóżkiem, wielki orzeł...


Wychodzimy z domu, pospacerować jeszcze po obejściu...
Malowana studnia...
Tył domu Felicji. Jeszcze nie pomalowany. Chyba czekał na swój czas. Niestety, Felicja, zmarła w 1974 roku. Została niewypełniona pustka...
Jeszcze motocykle na tle zagrody Felicji...
I tablica informacyjna, w trzech językach, ale japońskiego, nie ma. Panie w zagrodzie, mówiły mi, że przeżywają najazd Japończyków. Czyż to nie piękne ? Japończycy, przyjeżdżają do Zalipia, żeby obejrzeć dom Felicji Curyłowej.
Zbieramy się już powoli do odjazdu. Chcemy wstąpić jeszcze do Domu Malarek. Dom Malarek, to coś w rodzaju domu kultury, w którym można obejrzeć reprodukcje wszystkich malowideł z przysółków w Zalipiu. Jest też piękna, nowoczesna sala widowiskowa. Oczywiście, budowę domu zainicjowała Felicja. Nie dożyła, rozpoczęcia budowy, ale to jej dzieło.
Na dziedzińcu Domu Malarek, odbywał się festiwal truskawek. Konkursu na wszystko, na malowanki, na najsmaczniejszą truskawkę, najsmaczniejszy placek truskawkowy itd..
Wieczorem, miała być zabawa, ale chyba tylko dla młodych. Mnie by wygonili.
I to już koniec nasze wizyty w Zalipiu. Przepiękna, fantastyczna wioska. Niezwykła postać Felicji Curyłowej. Żal wyjeżdżać, ale jak trzeba, to trzeba...
Wyskakujemy na autostradę Kraków-Rzeszów, dajemy w palnik. Po włóczędze na lokalnych drogach, podkręcamy manetę o banan od ucha do ucha...
Gdzieś za Rzeszowem, jeszcze ostatnie zdjęcie...
Spokojnie, nieśpiesznie dolatujemy do Lublina. 240 kilometrów przeszło jak sen. Przepiękny, pełen niezapomnianych wrażeń wyjazd.
Felicja Curyłowa...na długo zostanę pod wrażeniem jej postaci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































