środa, 8 maja 2013

Kółko przez Nałęczów i Chodel

Majówka nie za bardzo była, jeśli chodzi o pogodę, toteż, w niedzielę, kiedy pokazało się trochę Słońce, wyjechaliśmy z Jolą na krótką przejażdżkę w tempie sanatoryjnym.
Zrobiliśmy kółko przez Nałęczów, Kazimierz, Opole Lubelskie, Chodel do Lublina.
Nałęczów to jakość sama w sobie i kiedyś pojadę tam specjalnie, żeby zrobić zdjęcia i opowiedzieć wam to i owo. Tym razem wyjazd miał charakter typowo rekreacyjny, tak więc tylko kilka zdjęć z cyklu "byłem tutaj. Rycho".
Ludzi dużo, więc i miejsc na parkingu jak na lekarstwo ale pod parkiem zdrojowym, już nas znają, więc coś się znalazło..


























Krótki spacer przez park w kierunku palmiarni w celu kulturalnego spożycia kawy i wiśniowego gluta (pyszny)







































































Szybki rzut oka na twórczość malarską i zmierzamy przez park w stronę motocykli.



























W głębi, na zdjęciu poniżej dom, w którym mieszkał Bolesław Prus. Coś mnie ostatnio ten Prus prześladuje, w Hrubieszowie też natknąłem się na dom, w którym mieszkał, a właściwie, w którym się urodził..

Ruszamy dalej, jedziemy w stronę Kazimierza, ale nie zatrzymujemy się nawet na minutę. Nie zamierzam promować, ani tym bardziej zostawić złotówki ze swoich pieniędzy w mieście, które jest tak nieprzyjazne dla motocyklistów. Wszędzie, w całej Europie, motocykliści są zawsze atrakcja dla mieszkańców i turystów, a tylko w Kazimierzu jesteśmy wyganiani z rynku i mamy szczęście, jeśli nie kończy się to mandatem. W ubiegłym roku, dwóch moich kolegów rozpoczęło sezon od mandatów i punktów za to, że zaparkowali przy rynku. Dziękuję bardzo, postoję.
Skrzętnie ominęliśmy Kazimierz i przez Opole Lubelskie (to też miasteczko i region na oddzielną wizytę i opowieść) dojeżdżamy do Chodla.
Do Chodla też jeszcze wrócę i wszystko wam opowiem, bo to miejsce pozornie nieciekawe ale to tylko pozory. Historia Chodla, to właściwie historia miejscowej parafii. Kościół pochodzi z 1541 roku. Jest przepiękny. Spotkałem księdza proboszcza, który obiecał mi, że kiedy przyjadę z kolegami następnym razem, wpuści na na kościelną wieżę, która właśnie została wyremontowana. A widok z wieży jest podobno niesamowity.
Wklejam wam linka do świetnej strony o Chodlu. Jest co czytać i co oglądać: http://chodel.com/index.htm
Na razie kilka zdjęć na początek.
Kościół.







































































A na kościele dwie tablice. Jedna poświęcona księżom z Chodla, w tym również, księdzu Piotrowi Ściegiennemu, który pełnił tutaj przez rok posługę duszpasterską, ale nie tylko. Jak wiadomo, ksiądz Ściegienny był ogromnie zaangażowany społecznie i tutaj realizował się również na tym polu. Na stronie poświęconej Chodlowi znajdziecie również link do życiorysu księdza Ściegiennego.
A druga tablica upamiętniająca patriotyzm mieszkańców Chodla i okolic.




















































Fantastyczny ten Chodel. Tutaj też niebawem wrócę, żeby pokazać wam jeszcze inne piękne miejsca, bo to co dzisiaj zobaczyliście, to tylko część z tego, co trzeba zobaczyć. Np. jest tutaj podobno bardzo stary cmentarz, z XVI w. Nie widziałem go jeszcze, ale zobaczę na pewno.
Wracamy już z Jolą do domu. Przepiękna, choć krótka wycieczka.

piątek, 3 maja 2013

"Ranczo" czyli "Pocieszanka"

Oj, biedna ta nasza telwizja, biedna i oglądać nie ma ani czego ani kogo. Bo, albo amerykański film dla półgłówków idzie, albo gruby blond flejtuch uczy biznesu lepszych od siebie, albo chudy blond botoks poucza, że naturalna uroda jest najładniejsza, albo bolszewik kaznodzieja głosi, że mamusia z penisem to, to samo, co mamusia z vaginą, albo telwizja wdraża kolejny pomysł, obliczony na widza z IQ w okolicy "młodych, wykształconych, z wielkich miast".
Na szczęście jest "Ranczo".
"Ranczo" jest serialem nierównym, ale nie wywołuje odruchu wymiotnego jak inne "programy" w telewizji, z wiadomościamo wszelkiej maści na czele. Jest nierówne, bo oprócz postaci i ról słabych np. trzeźwy Kusy czy Witebski, ma również postacie i role genialne np. pijany Kusy czy Solejukowa czy chłopaki z ławeczki czy Wezół, bracia Japyczowie, czy...w ogóle prawie wszyscy.
Powiem więcej. "Ranczo" jest nierówne ale prawie genialne. Piszę "prawie", bo chwilami wydawało mi się, że maczały w nim palce feministki, albo reżyser chciał się podlizać feministkom. Ale może to tylko złudzenie..Dlaczego genialne, nie będę pisał bo, ci którzy oglądają, to wiedzą, a, tym którzy nie oglądają, taka wiedza nie jest do niczego potrzebna.
Powiem jeszcze więcej. "Ranczo" jest serialem tak fantastycznym, że w niedzielę, staram się tak ustawiać sobie plan dnia, żebym mógł na "Ranczo" zasiąść przed telewizorem. To jest mój drugi raz w życiu. Piewszy był w moich licelanych czasach, kiedy szła "Pogoda dla bogaczy". Tłumaczenie tytułu było idiotyczne (oryg. Rich Man, Poor Man), ale serial był taki, że po dzienniku wyludniały się ulice wszystkich, bez wyjątku miast w Polsce.
A dzienniki w tamtych czasach pokazywały głównie wyczyny utrwalaczy socjalizmu w niebieskich i zielonych mundurach, spadkobierców chlubnych tradycji NKWD, UB, KBW i podobnych, dla których głównym narzędziem pracy, zamiast głowy, była pała i armatka wodna. Mały prezent ode mnie, dla wszystkich z tamtych czasów, którym mundur niezależnie od koloru, kojarzył się z szumowiną bez czci i honoru.
Krzysztof Cwynar "Pocieszanka": http://www.youtube.com/watch?v=VWP9obHzkVk
Ale wracając do "Rancza". "Ranczo", to nie tylko ludzie i role. "Ranczo", to również miejsca. Kościół, plebania, sklep i ławeczka, ośrodek zdrowia, szkoła, dom Amerykanki, rynek..Plenery w "Ranczu" są pozornie mało wyszukane ale tylko pozornie. Cóż pięknego czy interesującego może być na zapyziałej, polskiej prowincji? A jednak jest. Polska prowincja wcale nie jest zapyziała ani mało interesująca.
Pojechałem do Jeruzala, gdzie była kręcona większość scen z "Rancza". Jazda w chwilami ulewnym deszczu ale ciepło. Dojeżdżam na miejsce i zachłannie chłonę klimat. Kilka zdjęć do albumu.

Kościół..

A tutaj kościół wewnątrz.

Wiadomo, że jak kościół, to i plebania musi być..

A tutaj salka katechetyczna, w której Amerykanka uczyła angielskiego..

Pod sklepem Więcławskiej..

\
Na ławeczce. Nie wiem dokładnie na czyim miejscu siedzę, zdaje mi się, że chyba Hadziuka. Miałem przyjemność spożyć na ławeczce ekskluzywny obiad w postaci bułki i jogurtu. W klimacie "Rancza", miały niepowtarzalny smak.."Mamrota" też mieli w sklepie, ale nie było upału i nie chciało mi się pić :-) A flaszka, którą trzymam w ręku, była pożyczona od tubylca :-)

A oto ośrodek zdrowia doktora Wezóła. Wezół to jedna z najgenialniejszych postaci w "Ranczu"..
 No i szkoła...









"Ranczo", to jeszcze inne miejsaca i plenery. Ale to już na kolejny raz. Na pewno warto zobaczyć dom Amerykanki, który znajduje się w województwie łódzkiem.
Super wyjazd. Polecam wszystkim. I "Ranczo", i plenery w Jeruzalu.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Z.M.K. Hrubieszów

Że zajebisty mamy kraj (Z.M.K.), wiadomo nie od dzisiaj. A wschodnia granica jest wyjątkowa.
Nie potrafię wyrazić, jak wielką przyjemność sprawił mi wyjazd do Hrubieszowa. Dlaczego do Hrubieszowa? Bo nigdy tam nie byłem. A właściwie byłem przejazdem w trakcie ubiegłorocznego Rajdu Dookoła Polski. Dzisiaj, już z perspektywy czasu, widzą jak dobry pomysł miałem aby w końcu zrealizować to przedsięwzięcie, a nosiłem się z tym pomysłem od długiego czasu.
Hrubieszów jest miasteczkiem wyjątkowo pięknym, o niezwykłej wschodniej urodzie. Urodę tę budowali na przestrzeni wieków Polacy, Żydzi, Rosjanie, Niemcy a nawet Francuzi. A czy wiecie, że w okolicach Hrubieszowa stacjonowali Goci? Tak było, są do dzisiaj po nich ślady.
Nie będę opisywał historii Hrubieszowa, bo można ją znaleźć na wielu portalach internetowych. Zresztą nie jestem historykiem, nie mam historycznego zacięcia i jedyny fragment historii, który mnie interesuje, to okres II Rzeczypospolitej, a zwłaszcza Piłsudski, który była największym złem i nieszczęściem, jakie spotkało Polskę.
Wyjeżdżam z domu późno, prawie koło południa. Lecę na Hondzie, Harley odpoczywa..
Po zimie, w czasie, której głównym sportem było czytanie w na forach relacji kolegów z podróży motocyklowych, plecy trochę bolą. Zajeżdżam na stację zatankować i chociaż na parę minut przyjąć pozycję wyprostowaną.
Kolorowe tło i moja Hondzia.


























Jadę przez Zamość. Dojeżdżam do Hrubieszowa. Motocykl stawiam przy ulicy 3-go Maja. W ogóle ulica 3-go Maja to najpiękniejsza ulica Hrubieszowa..
Złażę z motocykla i już na pierwszy rzut oka widzą ładny domek.


























Podchodzę bliżej. Na ścianie tablica. Pewnie mieszkał tu ktoś znany. Patrzę i pierwszy zachwyt. W tym domu urodził się Bolesław Prus. Tak, tak, ten sam Prus, który w "Lalce" odważnie i chyba jako pierwszy w polskiej literaturze wcielił w postać Izabeli Łęckiej, dzisiaj już dobrze poznane zboczenie seksualne, zwane fetyszyzmem.



























































Nie oddycham z wrażenia. Dom Prusa..ale czad!!!
Po drugiej stronie ulicy piękny biały dworek. Na płocie czerwone tabliczki, czyli instytucja państwowa. Napis głosi, że to muzeum Stanisława Staszica. Bo w Hrubieszowie mieszkał przez jakiś czas również Stanisław Staszic. Czyż to nie genialne? Prus i Staszic w Hrubieszowie..Ale właścicielami tego dworku była rodzina Du Chateau, znany i zasłużony dla Hrubieszowa ród.





































































No to teraz następna ciekwostka. Czy wiecie, że w Hrubieszowie mieszkał Bolesław Leśmian? A, jak..wolno mu. Prus, Staszic, Leśmian..czyż to nie genialne?
No, dobrze, idę dalej. Po przeciwnej stronie ulicy budynek w niezwykłym, różowym kolorze. Budynek, widać, że stary.
























Podchodzę bliżej, na ścianie tablica pamiątkowa. Czytam i własnym oczom nie wierzę. Tutaj, mieszkał przed wojną, major Henryk Dobrzański "Hubal". Nie wierzycie? Proszę bardzo..


















































Dzisiaj w tym budynku mieści się polsko-fancuska fundacja, założona przez Krystynę i Stefana Du Chateau
























































W małym miasteczku, najbardziej wysuniętym na wschód mieście Polski, Prus, Staszic, Leśmian, "Hubal", czyż to nie genialne?!
A teraz kolejna ciekawostka. Czy wiecie, że w Hrubieszowie, urodził się sławny polski architekt, konserwator zabytków i rysownik, Wiktor Zin?!
Idę dalej. Kolejny dworek na ulicy 3-go Maja. Obecnie niestety przychodnia lekarska. Kiedyś właścicielami tego dworku była rodzina Golakowskich. Zdjęcie poniżej..

























Idę dalej. Oczywiście, cały czas ulicą 3-ga Maja. Kolejny przepiękny dom. No, po prostu perełka. To pałac Kiesewetterów, zasłużonej dla miast rodziny przemysłowców.





























































A teraz kolejna ciekawostka. Czy wiecie, że w Hrubieszowie urodził się kmdr. ppor. Bogusław Krawczyk, dowódca podwodnego okrętu-legendy ORP "Wilk"? Po prostu odjazd..
Wracam już powoli w kierunku motocykla. W głowie szum od nadmiaru wrażeń. Dochodzę do cerkwi p.w. Zaśnięcia N.M.P. Cerkiew, niestety zamknięta. Popatrzcie na nią chociaż z zewnątrz.


































Uff, naoglądałem się Hrubieszowa, ale wiem, że tylko dotknąłem jego klimatu i nie widziałem wszystkiego, co trzeba tam zobaczyć. Wrócę jeszcze, wiem, że wrócę..
Odpalam motocykl i jadę do pobliskiej miejscowości Gródek. Gródek to właściwie wieś ale fantastycznie położona, przepiękna krajobrazowo, o bardzo ciekawej przeszłości..
W 1018 roku na tym terenie miała miejsce, bitwa pomiędzy wojskami Bolesława Chrobrego i Jarosława Mądrego.
Tutaj znajduje się grodzisko z VIII-IX wieku.
A czy wiecie, że znajduje się tutaj największe w Europie cmentarzysko gockie? Czad zupełny..
To tutaj archeolodzy odkryli osadę z 3100-2500 r.p.e., zamieszkałą przez ludność kultury pucharów lejkowatych (ha, ha, ha...daję słowo, naprawdę tak się ta kultura nazywa...chyba musieli zdrowo sobie w gwizdek dawać przez wąskie szyjki)
O.K., dosyć ględzenia. Pokażę wam parę zdjęć z moją Hondzią w roli głównej. A Gródek położony jest po prostu fantastycznie. Rzeka, rozlewisko, wiosna, na każdym gnieździe bociany, na rozlewisku łabędzie. No po prostu coś niezwykłego...










































































































































































































Nadchodzi późne popołudnie. Czas kończyć moją wycieczkę. Jestem po prostu zachwycony Hrubieszowem i okolicą. Mam tam jeszcze mnóstwo rzeczy do zobaczenia. Dzisiaj tylko lekko dotknąłem tego całego piękna i klimatu. Niebawem tam wrócę i wszystko wam opowiem.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Sezon 2013 rozpoczęty.

Krótko, bo tylko 80km, ale tak czy tak, była już jazda. Małe kółko wokół komina, najpierw kawałek za Łęczną, a później, oczywiście, Zawieprzyce.
O Zawieprzycach nie będę wam opowiadał, bo kiedyś już to zrobiłem: http://harleyman-harleyman.blogspot.com/2012/04/zawieprzyce-mon-amour.html
Jeszcze brunatne pola ale zieleń powoli zaczyna się już przebijać. Zdjęcia z zieolną dominantą, robione komórką :-)))
Wszystkim motocyklistom, życzę pięknego, udanego sezonu.




















































sobota, 13 kwietnia 2013

Sport to zdrowie

Hasło pt."Sport to zdrowie" od zawsze wywoływało u mnie ból uszu ze śmiechu, i mógłbym niejedno na ten temat opowiedzieć ze swojej własnej praktyki zawodowej, ale ostatnio otrzymałem tłumaczenie wywiadu dla jednej ze stacji telewizyjnych, którego udzielił dr Paulo Ubiratan ze szpitala w Porto Alegreon.

- Doktorze, ćwiczenia aerobikowe przedłużają życie, prawda?
- Ludzkie serce jest tak zaprogramowane, aby uderzyć określoną ilość razy. Nie marnujmy więc tych uderzeń na ćwiczenia. Wszystko się przecież zużywa. Twierdzenie, że sport to zdrowie, jest tak samo trafne, jak sugestia że szybka jazda samochodem przedłuży jego sprawność. Chcesz żyć dłużej? Zrób sobie siestę! 
- A co z mięsem? Czy rzeczywiście dla zdrowia należy jeść jak najwięcej owoców i warzyw?
- Zastanówmy się nad logistyką pokarmu. Co je krowa? Trawę i kukurydzę, prawda? To przecież rośliny. Zjedzenie befsztyka jest więc niczym więcej jak bardzo efektywnym wprowadzeniem warzyw do naszego organizmu. A że nasze trawienie wspomaga jedzenie produktów zbożowych, od czasu do czasu warto też posilić się drobiem.
- A czy należy ograniczyć spożycie alkoholu?
- W żadnym wypadku! Wino robi się przecież z owoców. Z kolei brandy, czy cognac to przedestylowane wino, co oznacza nic więcej jak to, że z wyjściowych owoców zabiera się więcej wody, aby człowiek mógł je jeszcze lepiej wykorzystać. To po prostu skondensowane owoce. Z kolei piwo to produkt zbożowy. Trzeba je pić!
- Jakie są korzyści z regularnych ćwiczeń fizycznych?
- Tak jak już mówiłem: nie marnujmy serca. Nie należy naprawiać czegoś, co nie jest zepsute. Skoro się dobrze czujesz, to po co sobie komplikować życie. 15 minut seksu dziennie jest więcej niż wystarczające do utrzymania formy.
- A co ze smażonymi potrawami ? Ostatnio mówi się dużo o ich szkodliwości.
- Nie, jeśli używamy oleju roślinnego. Produkty pochodzenia roślinnego są podstawą zdrowego żywienia.
- No ale ćwiczenia pomagają na pewno w odchudzaniu?
- Z tym też trzeba uważać. Bowiem intensywnie ruszane mięśnie mają przecież tendencję do wzrostu. Zobaczmy jakie są wieloryby. Żywią się tylko planktonem, piją tylko wodę, cały czas się ruszają i jakie są grube! Poza tym pamiętajmy: zając cały czas biega, skacze ale żyje maksymalnie 15 lat. Z kolei żółw nie skacze, nie biega, porusza się powolutku, nic nie robi i żyje nawet 450 lat. Gdyby dużo chodzenia było zdrowe, to listonosze żyliby wiecznie!
- A co z czekoladą?
- Toż to kolejna roślina! Kakao jest wspaniałym pokarmem powodującym uczucie szczęśliwości. Jedzmy go jak najwięcej!   - I pamiętajmy:   Życie nie powinno być podróżą do grobu w trakcie której tracimy czas na to, aby dotrzeć do niego cało i zdrowo, z atrakcyjnym, dobrze zachowanym ciałem. Znacznie lepiej poruszać się po tej drodze z piwem i chipsami w ręku, z dużą ilością seksu i nad grób dotrzeć wycieńczonym i zużytym, ale z okrzykiem: Było warto! Cóż to była za wspaniała podróż!

środa, 20 marca 2013

Powitanie Królowej Śniegu.

I tak oto, w dniu dzisiejszym do naszej stajni dołączyła Królowa Śniegu czyli, nowiutka, pachnąca, błyszcząca, czarna jak noc Honda Transalp XL 700 V. A Królowa Śniegu bo u nas wszystko zaśnieżone...
Jak wiadomo, Transalp nie jest już produkowany, ale udało mi się jeszcze wyrwać nówkę sztukę z zapasów magazynowych Hondy, choć była ściągana przez Honda Polska z kraju dalekiego...
Od dłuższego czasu odczuwałem potrzebę dokupienia drugiego motocykla bo choć Harleya uwielbiam i zostaje u mnie do końca albo swoich albo moich dni, to jednak do dalekiej turystki, do jazdy w górach, na przełęczach potrzebny jest inny motocykl.



Dlaczego Transalp?
Po pierwsze motocykl, którego szukałem musi mieć "full opcję" bagażową, tzn. możliwość zamontowania dwóch sztywnych kufrów bocznych i centralki. Po drugie musi być lekki, po trzecie musi być na wąskich gumach, po czwarte musi być tani i dobry.
Rezejrzyjmy się po "środowisku".
Kawasaki robi Verysa ale on jest na grubym balonie z przodu, a mi chodziło o cienki balon. Poza tym jest koszmarnie brzydki.
Yamaha robi Tenerę 660 i to jest prawdopodobnie świetny, kultowy już motocykl, ale ma jeden cylinder co stwarza jednak dość istotne ograniczenia. W pewnym momencie, stanęła pod dużym znakiem zapytania możliwość zakupu Transalpa w Polsce. Jeśli Honda nie sprowadziła by mi Transalpa z zagranicy, kupiłbym Tenerę.
Suzuki robi V-Stroma, jakiś czas temu nowy model wypuścili, ale V-Strom zupełnie mi nie leży pod żadnym względem. Dziwnie zastrojena skrzynia biegów, silnik, który nie robi na mnie żadnego wrażenia, no i odlewane felgi..
BMW. Po pierwsze GS 650 jest dla mnie za niski, a GS 800 za wysoki. Kiedyś na moim blogu pokłóciło się dwóch chłopaków z rajdu katyńskiego. Jeden z nich nabijał się ze mnie, że jeżdżę tak awaryjnym motocyklem jak Harley (oczywiście bzdura, a koleś nie miał zielonego pojęcia o czym mówi). Na to włączył się drugi chłopak i napisał, że wcale nie Harleye są awaryjne tylko BMW. I wiadomo, że jak komuś w czasie rajdu zepsuł się motocykl, można było nie sparawdzać jaki, wiadomo, że zepsuło się BMW. Dla mnie taka rekomendacja wystarczy.
KTM. Dokładnie ten sam problem co BMW. Wystarczy wejść na jakieś forum motocyklowe, przeczytać relacje z podróży, w których brały udział KTM-y i wszystko jasne. Awaryjne, awaryjne, awaryjne..
A Transalp? No wiadomo..ideał i tyle.






środa, 5 grudnia 2012

Głuch i Wieczorek czyli rzecz o anestezjologii.

Napisałem kiedyś na blogu, że niewiele rzeczy w życiu mi imponuje. Z całą stanowczością podtrzymuję owo zdanie, ale przecież nie ma człowieka na świecie, któremu w ogóle nic nie imponuje. Ze mną jest tak samo. Oprócz pewnych wyczynów na motocyklu, o których pisałem już wcześniej, szalenie imponuje mi giętkość języka. Nie tyle właśnie erudycja bo erudytów mamy w przyrodzie od groma ale właśnie giętkość czyli umiejętność posługiwania się językiem. Oddzielam od siebie te dwa zjawiska bo wbrew pozorom wcale nie muszą one iść z sobą w parze a giętkość języka może być sztuką samą w sobie. Może stanowić formę, nawet bez treści. Wystarczy posłuchać polityków, oczywiście nie wszystkich bo większość nie wydala z siebie ani formy ani treści ale są tacy, którzy usiłują wydalać chociaż formę bo nie znam polskiego polityka, któremu udałoby się wydalić coś, co chociaż przypominałoby treść.
Historia cywilizacji zna sporo przypadków obrotnych w gębie, począwszy od Cycerona, poprzez Lincolna Abrahama a na woźnym z mojej podstawówki, niejakim Kaszanie skończywszy.
Ale wiadomo, nawet wśród olimpu krasomówców są lepsi i gorsi. O tych gorszych nie ma co pisać bo szkoda czasu ale warto pochylić głowę nad tymi najlepszymi.
A gdzie szukać najlepszych? A wiadomo, że we wojsku.
Żeby nie być gołosłownym, oto piękny przykład na potwierdzenie tezy, że oficerowie są mówcami absolutnie najlepszymi.

http://www.youtube.com/watch?v=Bq_7Z5BjCLc

niedziela, 2 grudnia 2012

A jednak się boją.


W poprzednim poście umieściłem link do fantastycznych wypowiedzi na temat Polski znanego Holendra Redbada Klijnstry. Wyraziłem w nim również nadzieję, że onet nie będzie się bał zamieścić drugiej części wywiadu. Niestety, zgodnie z moimi przewidywaniami druga część nie ukazała się.
Za to dzisiaj ukazał się wywiad ze gwiazdą polskiego dziennikarstwa, niejakim Miecugowem Grzegorzem: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/miecugow-w-sejmie-nie-ma-dzisiaj-zadnej-sily-ktore,1,5320536,wiadomosc.html
Chciałbym skomentować wypowiedzi Miecugowa Grzegorza w krótkich rzołnierskich ;-))) słowach.




niedziela, 7 października 2012

Włodawa & Zawieprzyce w jesiennym Słońcu.

Niby październik ale pogoda niesamowita, jakby wprost wymarzona do jazdy. Ciepło ale nie gorąco, nieprawdopodobne barwy jesieni, zapach jesiennych pól i łąk. Jak to mówiła jedna z moich koleżanek z klasy 3c z podstawówki: "Ech, żyć nie umierać"
Dzwonię do Marka, Marek zapodaje pomysł na Festiwal Trzech Kultur do Włodawy. Sam, co prawda myślałem o Zawieprzycach ale pomysł Marka jest super.
Podjeżdżam na miejsce spotkania, wszyscy koledzy już są, czekamy jeszcze krótką chwilę na Kasię i Wojtka. I oto są.
Jak zawsze radość ze spotkania, śmiechom i żartom nie ma końca :-)))



















































Ruszamy w drogę. Łuszczów, Łęczna, Urszulin..Jedziemy najpierw wśród łąk a później wjeżdżamy w drogę między lasami. Barwy jesiennych liści, nieprawdopodobne, miękkie oświetlenie jakby malowało nastrój. Coś zupełnie niebywałego, zachwyt zapiera dech. Zatrzymujemy się na chwilę na leśnym parkingu. Zdjęcia robione komórką nie oddają nawet części nastroju, który nas otacza.









































































Poniżej beemka Wojtka, która ma 31 lat a Wojtek normalnie używa jej do turystycznej jazdy. Nie jest to motocykl wożony na lawecie na zloty motocykli zabytkowych ale najprawdziwszy turystyczny motocykl. Ma oryginalnie montowane grzane manetki, amortyzator skrętu, perę jeszcze innych rzeczy.


























A oprócz tego wszystkiego ma jeszcze wajchę do zapalania na kopa. Wojtek właśnie prezentuje ten genialny wynalazek.


























A poniżej Gosia z chłopakami.


























Startujemy dalej i dojeżdżamy do Włodawy. Piękny nadbużański, senny klimat. Uwielbiam polską prowincję. I to wcale nie tę najbardziej spektakularną typu Kazimierz przez, który przewijają się tabuny turystów ale właśnie tę stosunkowo mało znaną, gdzie pozornie nic nie ma, gdzie wydawałoby się, że nie ma po co przyjeżdżać. Zawsze jest po co przyjechać, choćby po jesienny klimat i nastrój. A wiosną kwitnące w ogródkach bzy, ludzie czekający na pierwsze wiosenne promienie Słońca.
Popatrzcie na Włodawę. Odbywał się właśnie Festiwal Trzech Kultur. Bo jak już kiedyś opowiadałem na blogu, Włodawa była miasteczkiem, w którym w najlepszej zgodzie żyli katolicy, prawosławni i starozakonni. Wszyscy zostawili po sobie ślady.









































































































































Idziemy do synagogi, w której obecnie mieści się muzeum. Oglądamy skarby żydowskiej religii i kultury. Piękne przedmioty z tajemniczym powiewem ducha religii Abrahama.










































































































Kontynuujemy zwiedzanie synagogi. Wchodzimy na piętro, gdzie znajduje się pokój mełameda czyli nauczyciela szkoły religijnej.




























































































Opuszczamy już synagogę i idziemy obejrzeć katolicka świątynię, kościół św. Ludwika oo. Paulinów.



























































Pięknie zdobiony ołtarz.


































Pozwolono nam też wejść na kościelną wieżę, z której jest niesamowity widok na Włodawę.










































Idziemy dalej i pojawia się świątynia wyznawców prawosławia. czyli cerkiew Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Tak brzmi jej oficjalna nazwa.
Tak wygląda z zewnątrz.


































A wewnątrz jest zakaz robienia zdjęć ale można uzyskać zgodę po wniesieniu odpowiedniej opłaty na remont świątyni. Warto wnieść taką opłatę żeby pokazać Wam jak piękna jest w środku.




































Opuszczamy już Włodawę, pełni wrażeń. Nasza grupa rozdziela się. Część z nas jedzie na rybkę do Chełma a część na carpaccio do Urszulina. My lecimy do Urszulina. Carpaccio pyszne. W trakcie obiadu zapada decyzja, skoro taka piękna pogoda to lecimy jeszcze do Zawieprzyc. Tak więc udało się dzisiaj zrealizować plany i Marka i moje.
Odpalamy...




















Dojeżdżamy do Zawieprzyc. Niezwykłe, urokliwe miejsce. Kiedyś, na tym blogu opowiadałem Wam już barwną historię tego szlacheckiego majątku. Dzisiaj pozostały już z niego ruiny ale przynajmniej na rycinie pokażę Wam jak wyglądał pałac w Zawieprzycach.
























Pozostała też stara kapliczka ze swoją legendą z czasów świetności Zawieprzyc.
















































































U podnóża Zawieprzyc leżą łąki i płynie Wieprz. Schodzimy po stromej skarpie zobaczyć jak wyglądają jesienią.















































































































































































Wracamy "na górę" i idziemy jeszcze zobaczyć resztki parku i resztki budynku, którego przeznaczenia nigdy nie udało mi się ustalić.








































































Ot i Zawieprzyce. Szykujemy się już do wyjazdu. Wojtek chce jeszcze spojrzeć na ruiny pałacu.


























No i czas odjeżdżać. Zbliża się wieczór. To była fantastyczny dzień. Moc wrażeń, znakomite humory, jesienna aura, którą trudno będzie zapomnieć. A śmiechom i żartom nie było końca :-)))





















































Dziękuję wszystkim. Do następnego spotkania...