wtorek, 27 września 2011

Sfora 05 czyli Drawno 2011

Cały świat wie, że Sfora 05 robi świetne zloty. Moi koledzy z DoctorRider postanowili zażyć rozkoszy zlotowych oferowanych przez Sforę 05 i pojechać. Nie omieszkali zaprosić Joli i mnie. A jak mawiał Zagłoba: "Tylko kiep odmawia kiedy nie kiep prosi".
Zlot odbywał się w Drawsku w województwie zachodniopomorskim w dniach 23-25 września 2011. Od nas z Lublina 600 km ale jak mawiają: "Cygan dla towarzystwa dał się powiesić". Nie ma problemu. Jedziemy.
W piątek rano odpalamy motocykle i jedziemy do Warszawy zabrać po drodze Felkę czyli Jurka, naszego kolegę z DoctorRiders. U Felki drobna naprawa, muszę dokręcić poluzowaną spacerówkę. Kilka minut i gotowe.

































Jeszcze chwila zabawy z labkiem Felki (cudowne, łagodne usposobienie) i ruszamy w stronę Bydgoszczy i Torunia.
























Jedziemy żwawo bo jesteśmy głodni i chcemy dojechać do miejscowości Kikół w, której jest taki niepozornie wyglądający bar przy drodze w, którym dają rewelacyjne ryby a zwłaszcza węgorza. Jeśli nie wierzycie to sprawdźcie. Będziecie mi wdzięczni do końca życia za tęSpożywamy po węgorzu, brzuchy ciężkie z przejedzenia ale trzeba jechać dalej. Musimy dojechac do Wałcza, gdzie mamy przewidziany nocleg.
 Dojeżdżamy około 19-tej. Pokoje w przyszpitalnym hotelu już czekają. Jeszcze szybka kolacja, po piwku dla relaksu i idziemy spać.

Rano jesteśmy umówieni w Kaliszu Pomorskim z Jackiem i z Beatą z DoctorRiders. Po drodze wstępujemy na śniadanie do pięknego zajazdu z klimatem. W środku poza tym co w każdej normalnej restauracji, wiszą tuziny krawatów, amerykańskie mundury, hełmy z napisem MO i podobne fanty.








































































































Zamawiamy śniadanie, wszystko pyszne, świeżutkie. Za chwilę podjeżdża motocykl a na nim Jacek z Beatą. Radosne powitanie. Żarty, zdjęcia i...ruszamy dalej.






















Jeszcze kilkanaście kilometrów i dojeżdżamy do Drawna. Zajeżdżamy na stację benzynową zatankować motocykle. Na parkingu czeka już grupa motocyklistów. Wśród nich koledzy z DoctorRiders.

Ruszamy i dojeżdżamy do bazy zlotowej. Rutynowa procedura. Pobieramy gadżety zlotowe i ruszamy na zlotowy parking. Parkujemy motocykle. Witamy się z kolegami ze Sfory 05. Ksiądz kapelan Sfory patrzy na nasze tablice rejestracyjne i nie może uwierzyć, że przyjechaliśmy z Lublina. Przedstawia nas innym kolegom. Nikt nie może uwierzyć, że przejechaliśmy 600 km na zlot. Wszyscy są bardzo mili, atmosfera serdeczna, fantastyczna. Wszyscy patrzą na nasze barwy, dopytują się co to za klub. Lekarze motocykliści to dla nich zupełna egzotyka. Patrzą na nas jak na zjawisko kosmiczne. Co poniektórzy wbrew zwyczajowi utartemu w środowisku motocyklistów zwracają się do nas per pan/pani. Opowiadamy im o naszym klubie. Po chwili atmosfera się rozluźnia a po dwóch chwilach rozmawiamy jakbyśmy się znali od wieków. Opowiadają nam też oni o swoich klubach. Pokazują nas innym kolegom jako zlotową ciekawostkę.
Jola błyskawicznie nawiązuje znajomości z miejscowymi przystojniakami.
 Chłopaki ze szczecińskiego klubu Cruiser stoją w rzędzie i patrzą na nasze barwy. Mówią, że takich barw u nich na zlocie jeszcze nie było.
Po wszystkich uprzejmościach idę pooglądać sobie motocykle. A zdarzają się perełki np. prawdziwy Nimbus z 1936 roku z gołymi zaworami.







































Albo piękny BMW Bond naszego kolegi. Za takiego Bonda każdy motocyklista dałby się pokroić.
 Po wszystkich uprzejmościach, prezentacjach, oglądaniu motocykli idziemy na spacer po stanicy, nad rzekę i do miasta.





















DoctorRiders od tyłu i od przodu.















































Piękna, zielona stanica, domki a pod drzewami motocykle.









































































































Idziemy na spacer do miasteczka. Wszędzie królują motocykle. Takiego najazdu motocyklistów Drawno pewnie nie przeżywa każdego dnia.

















































































































A oto Ryba czyli Maciek. To właśnie dzięki jego zaproszeniu zawitaliśmy na Pomorze i to jemu zawdzięczamy wszystkie fantastyczne wrażenia, których doznaliśmy w czasie wyjazdu.
Ryba, dziękujemy. Jesteś wielki.

































Oglądamy jeszcze mały kościółek z 1620 roku.


















































Wracamy już na zlotowisko. Kolory, klimat, nastrój jesieni wprost oszołamiające. Pogoda taka, że lepszej nie można było sobie wymarzyć.














































































A nad rzeką szaleją chłopaki na quadach.

 Po spacerze spożyliśmy posiłek. Felka, oczywiście jak każdy porządny motocyklista chciał odpocząć pod ławką w celu łatwiejszego strawienia flaczków, którymi regenerował swoją kondycję. Ale nie dane mu było zaznać spokoju. Jak tylko przyjął pozycję horyzontalną, natychmiast miejscowe niewiasty chciały poprawiać mu komfort wypoczynku. A to brzuszek pomasować żeby przyjemniej mu było, a to spodnie rozpiąć żeby go nie uwierały a to jeszcze co innego...Biedny Felka :-)))
 A później były wygłupy na motocyklach. Jak widać Felka daje radę w każdej sytuacji... ;-)))



 Pokaz parkowania w piachu.
 I pokaz ostrej jazdy po wertepach...






 Jesteśmy jeszcze chwilę na zlotowisku u gościnnej Sfory ale opuszczamy już zlot. Chcemy jeszcze pojeździć po pięknych pomorskich okolicach. Pogoda jest tak piękna, że szkoda nie nawinąć jeszcze trochę kilometrów.



 Dojeżdżamy do małego, spokojnego miasteczka (Międzychód) w, którym zatrzymujemy się na kawę.
 Po kawie i małym posiłku ruszamy w stronę Międzyrzecza. Po drodze zatrzymujemy się żeby pożegnać kolegów, którzy wracają już do domu. Jutro od rana wzywają ich obowiązki zawodowe.



 Żegnamy kolegów i ruszamy dalej. W okolicach Międzyrzecza Ryba wynajął nam świetny hotel. Przybywamy już w nocy. Jeszcze wspólna, pożegnalna kolacja.






 Rano wyruszamy w drogę powrotną. Odpalamy motocykle i z żalem, powoli opuszczamy tak gościnne, wspaniałe Pomorze i Wielkopolskę.
Jedziemy w stronę Nowego Tomyśla i tam wjeżdżamy na autostradę do Strykowa. Piękna, spokojna droga. Pod Strykowem żegnamy się z Felką. Felka, dzięki za wspólnie przejechane kilometry.
O godzinie 19-tej dotarliśmy do domu. Spędziliśmy fantastyczny weekend. Przejechaliśmy 1400 km. Obejrzeliśmy przepiękne zakątki zachodniego Pomorza.
W niedzielę Jola miała urodziny. Jaki może być piękniejszy prezent dla motocyklisty jak nie urodziny w siodle?
Ryba, wielkie dzięki za zaproszenie i za fantastyczne zorganizowanie nam czasu.
Dziękujemy wszystkim kolegom z DoctorRiders, Sfory 05 i wszystkich innych klubów za wspaniałe towarzystwo.
Międzynarodowy Rajd Katyński